Alien: Covenant

Seria filmów o Ksenomorfach zawiera dzieła ponadczasowe (pierwsze dwa filmy), rzeczy bardzo dziwne („Alien Resurrection”), a nawet totalne nieporozumienia (obydwa „dzieła” „Obcy kontra Predator”). Parę lat temu twórca pierwszej części, Ridley Scott, stworzył „Prometeusza”, który miał być prequelem do całego uniwersum, ale jednocześnie robił wszystko, żeby nie powiązać żadnego wątku. Teraz do kin wszedł „Alien Covenant” będący kolejnym prequelem do „Obcego” oraz bezpośrednią kontynuacją „Prometeusza” (jak bardzo skomplikowane by to nie było). Czyli mamy film „Obcy 5, Prometeusz 2: Przymierze”.

Uwaga, będą grube spojlery.

Jedno trzeba oddać – trochę się Scott na błędach popełnionych w „Prometeuszu” nauczył. Nowy film nie opiera się głównie na dziwacznej symbolice i filozofii, tylko jest prostym filmem akcji, mającym przy okazji odpowiedzieć na pytanie „jak powstała rasa perfekcyjnych zabójców?”. Cały problem polega jednak na tym, że splot wydarzeń prowadzący do odpowiedzi na to pytanie, zarówno jak i sama odpowiedź, są tak rozczarowujące, że ręce opadają.

Bohaterami filmu są członkowie obsługi statku kosmicznego lecącego kolonizować inną planetę. Oraz jeden android. Niby cechą szczególną załogi jest fakt, że wszyscy oni są parami, ale fabularnie wykorzystane jest to tylko po to, żeby krzyczeli do siebie po imieniu przez radio. Bo oczywiście muszą się rozdzielić. Tak czy inaczej w czasie lotu następuje awaria, więc załoga zostaje wybudzona z hibernacji. W trakcie tego procesu ginie – spalony w swojej kapsule hibernacyjnej – kapitan statku. Firmie, która zbudowała futerał na człowieka, który potrafi się zapalić w środku i nie można tego ognia ugasić nie pozwoliłbym zaprojektować wycieraczki do drzwi, nie mówiąc już o jakimkolwiek sprzęcie, który ma polecieć w kosmos.

Dalej sprawy przybierają coraz ciekawszy obrót. bo nowy kapitan chciał błysnąć pomysłowością, więc ruszył za przypadkowo znalezionym sygnałem prosto na nieznaną planetę (nie, że by ich misją było dostarczenie ponad dwóch tysięcy zahibernowanych ludzi w zupełnie inne miejsce…). Cała ta przygoda była serią tak głupich pomyłek, że odebrały mi one całą przyjemność z oglądania filmu. Dość powiedzieć, że wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby ekipa podążająca za sygnałem na przypadkowo odkrytej planecie założyła kombinezony.

Żeby nie streszczać całego filmu to tylko napiszę, że absolutnie każda śmierć w tym filmie jest wynikiem skrajnie głupiej decyzji któregoś z bohaterów, zwykle tego ginącego lub jego dowódcy.

No to skoro fabuła jest pretekstowa, to może chodziło tylko o powiązanie nowego wątku statku „Przymierze” z wydarzeniami z „Prometeusza”, a główną rolę miały odgrywać postaci z filmu sprzed czterech lat? No jakby to ująć…

… tak bardzo nie. „Inżynierowie”, czyli rasa kosmicznych twórców, którzy w „Prometeuszu” okazali się twórcami życia na Ziemi zostali całkowicie wyrżnięci w czasie króciutkiej retrospekcji nie mając do powiedzenia w tym filmie żadnej kwestii. A główna bohaterka „Prometeusza” została zabita poza ekranem, przed wydarzeniami pokazanymi w filmie. I obydwie te informacje zostały podane każdemu przed premierą filmu w specjalnych fabularnych zwiastunach „Obcego: Przymierze”. Tego już nie mam sił komentować.

Fakt, zostawiono Davida, czyli androida granego przez Michaela Fassbendera, który posłużył za jednozdaniową odpowiedź na najważniejsze pytanie stawiane przed tym filmem. Bo Ksenomorfów stworzył android, który był tak jakby obrażony na ludzi. No i mu się nudziło samemu na obcej planecie, więc zajął się inżynierią genetyczną. Jak to spłaszcza całe uniwersum… Najdoskonalsi zabójcy we wszechświecie są dziełem znudzonego robota.

Film dzieli się z grubsza na trzy akty. Pierwszy to pokaz głupoty załogi statku „Przymierze”. Drugi to powrót do pseudofilozofii rodem z Prometeusza, w którym to akcie Michael Fassbender uczy grać na flecie Michaela Fassbendera. Ostatni to próba przypomnienia, że w końcu w tytule tego filmu jest Obcy, więc trzeba się trochę poganiać po statku kosmicznym.

No i na nic się zdają piękne zdjęcia, skoro nie dość, że w filmie są zaledwie dwie postacie, które są „jakieś” (pozostali to w zasadzie bezimienne mięso armatnie, które ginie w rytm slapstickowego humoru), to na dodatek jeszcze wszyscy zachowują się tak nielogicznie, że odbiera to całą przyjemność z filmu.

A zapowiadało się tak dobrze…