All in all it was just a brick in the wall. Roger Waters The Wall.

Na zapis trasy „The Wall” Rogera Watersa trzeba było czekać bardzo długo. Koncerty miały miejsce pomiędzy 2010 a 2013 rokiem, a na płytową relację z tych widowisk wydano dopiero pod koniec 2015 roku. Polskie wydanie (w wersji wideo, płyty audio pojawiły się wtedy, co i na całym świecie) pojawiło się zaś dopiero w lutym 2016 roku. Dostaliśmy wtedy materiał będący ni to relacją koncertową ni to filmem dokumentalnym.
screenshot015

Nie jest to stricte relacja koncertowa. Nawet na okładce na samej górze jest napis, że jest to film Rogera Watersa i Seana Evansa. Pomiędzy kolejne utwory z koncertu (a właściwie koncertów, ale o tym za chwilę) wpleciona jest ni to fabuła, ni to dokument na temat podróży Watersa do Anzio, gdzie znajduje się grób jego ojca, oraz opowieści na temat historii jego rodziny. Jest to oczywiście bardzo ważne, bo jeszcze dokładniej tłumaczy początek albumu „The Wall”, ale mnie te gadano-jeżdżone fragmenty trochę denerwują, bo wytrącają z atmosfery widowiska. Przydała by się opcja oglądania samego koncertu (a takie możliwości mają nawet płyty DVD) z pominięciem części filmowej.

screenshot020

Pomiędzy tymi dość nudnymi wstawkami jest jeszcze koncert. Przejścia pomiędzy jednym a drugim są zwykle zrobione bardzo ciekawie (wejście do „Comfortably Numb”!), ale nie o nie przecież chodzi. Materiał wideo w części muzycznej to pocięte na wszelkie możliwe sposoby fragmenty wielu różnych koncertów zagranych w 2012 i 2013 roku (poznać to można po bardzo szerokim murze, przystosowanym do spektakli stadionowych. Pierwsze widowiska były grane w halach w trochę mniejszej scenografii) przez Watersa na całym świecie. Nie da się nie zauważyć, że co ujęcie, to zmienia się otoczenie – raz zadaszenie nad sceną jest, raz go nie ma. Czasami widać dach, czasami mamy zdjęcia z helikoptera. Raz trybuny są jednopoziomowe jak we Wrocławiu, innym razem – kilkupoziomowe jak na Narodowym. Przed „Mother” Roger czyta z kartki po francusku, aby w połowie tego utworu na murze wyświetlił się napis po rosyjsku (z resztą jest to taki cudowny moment – zaraz po tym jak Waters śpiewa „Mother shoud I trust the government?” na murze wyświetlany jest z jednej strony napis „No fucking way!”, a z drugiej w języku kraju, w którym odbywa się koncert – w Łodzi przetłumaczono to jako „Nie! Niech spieprzają!”). Jak się jednak i to przełknie, to… szczęka i tak opada.

screenshot021

Już sam początek koncertu (czyli w okolicach 10 minuty filmu) zwala z fotela. Po cichutkiej partii trąbki następuje ściana dźwięku, wybuchy, machanie flagami, oślepianie światłami, przelot samolotu nad tłumem. Przez bite dwie godziny na scenie dzieją się cuda. Mur budowany w trakcie występu. Niesamowite są wizualizacje, częściowo wzięte z filmu kinowego „The Wall”, częściowo stworzone na nowo, dość ostro komentujące współczesny konsumpcjonizm i propagujące pacyfizm. Te polityczne komentarze nie każdemu muszą odpowiadać, ale są bardzo kreatywnie zrealizowane – np. dorysowane do różnych postaci białe słuchawki z podpisami iListen, iBelieve, iProtest czy iKill. Albo bombowce zrzucające symbole chrześcijaństwa, judaizmu, amerykańskiego dolara czy logotypy Shella i Mercedesa. No i przede wszystkim utwory, które na stałe zapisały się w historii muzyki zaśpiewane przez ich twórcę (którego czasami trzeba jednak trochę wspomagać).

Cały spektakl (bo nazwanie tego koncertem byłoby ogromnym niedomówieniem) robi piorunujące wrażenie. Od ogromnego muru, poprzez kukły postaci, wizualizacje idealnie wypełniające budujący się ścianę aż po stroje i choreografię. Jak prześlicznie wyglądają wszyscy muzycy w tych wzorowanych na hitlerowskich mundurach uniformach podczas „In the Flesh” czy „Run Like Hell”! To przedstawienie w dalszym ciągu utrzymuje się na moim koncertowym podium (obok U2 i Paula McCartneya).

screenshot007

Technicznie jest żyleta – obraz ostry, dźwięk wymuskany, tylko pierońsko głośny (początek nie zwiastuje tego, co się dzieje w „In the Flesh?” – sugeruję trzymać pilota w pobliżu). Do wszystkich rozmów i wypowiedzi przygotowane są polskie napisy, które tłumaczą też to, co wyświetla się na murze. Tłumaczą łagodniej, niż powinny, bo wspomniany napis „No fucking way” w „Mother” przetłumaczony został „Nie ma mowy”…

Dystrybutor (co ciekawe dystrybutor filmowy, a nie muzyczny) w kreatywny sposób podszedł do wydania tej pozycji. Na całym świecie są dwie edycje „Roger Waters The Wall” (mowa o płytach blu-ray) – jednopłytowa w standardowym pudełku, oraz specjalna, dwupłytowa z książeczką, fotosami i zapakowana w rozkładane specjalne pudło. Ta druga się wszędzie wyprzedała gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia, a kosztowała mniej-więcej 25-30 Euro. Ta pierwsza jest do kupienia za około 15 Euro. W Polsce mamy zwykłe niebieskie plastikowe pudełko, za które trzeba oddać bez reszty Jagiełłę, ale w zamian otrzymujemy w nim… drugą płytę, dostępną za granicą w niedostępnym już wydaniu specjalnym. Ja to traktuję jako rekompensatę za długi czas oczekiwania na polską premierę. Druga płyta zawiera zebrane krótkie filmy dotyczące trasy publikowane na Facebooku (trochę meh…) oraz 10 minut materiału, dla których byłem gotowy zapłacić te 30 Euro, czyli „Comfortably Numb” z gościnnym udziałem Davida Gilmoura oraz „Outside the Wall” z Gilmourem i Nickiem Masonem (czyli mówiąc wprost – w wykonaniu Pink Floyd). Chodzi o ten film:

https://www.youtube.com/watch?v=HhRu9gvISO4

Jeżeli jakikolwiek koncert jest warty obejrzenia go z płyty, to jest to właśnie widowisko Rogera Watersa. Trochę szkoda tych fabularyzowanych przerywników, których nie można automatycznie ominąć (a które sprawiają, że nie jest to relacja koncertowa, tylko „film”), ale to, co znajduje się między nimi nie ma porównania w rockowym świecie z niczym innym.