Amazing Amy i dramat przyszłego Batmana, czyli Gone Girl

Na Finchera to zawsze można liczyć. Pomimo faktu, że zwykle dwie godziny to zdecydowanie za mało dla niego, aby opowiedzieć całą historię (ale serio – „Zodiak” trwa dwie czterdzieści…) jego filmy ogląda się z wypiekami na twarzy. Przytłaczającą większość z nich. I z „Zaginioną dziewczyną” jest podobnie. Dwie godziny i dwadzieścia minut, w czasie których na nudę przeznaczone zostało dosłownie kilka minut.

gonegirl  Z jednej strony to na pewno kunszt reżysera, ale z drugiej – dobry scenariusz. Film jest ekranizacją powieści Gillian Flynn (nie czytałem i chyba tego nie zrobię, bo wszystko wskazuje na to, że największą jej zaletą może być zaskakiwanie czytelnika), która też napisała scenariusz do filmu. Mamy historię mężczyzny, który leniwie rozpoczyna kolejny dzień swojego życia. Dzień szczególny, bo to piąta rocznica jego ślubu. Zanim rozpocznie coroczną zabawę w szukanie prezentu od żony, spotyka się ze swoją siostrą w jej barze, aby przy partyjce gry planszowej oraz szklaneczce burbona porozmawiać o życiu (w fantastyczny, wysublimowany, bardzo ironiczny sposób. Później tego w filmie nie ma, bo bohater ma inne sprawy na głowie i już nie ma czasu na takie pogadanki). Po powrocie do domu stwierdza brak żony oraz delikatną, acz sugestywną zmianę wystroju wnętrza – przewrócony fotel, rozbity szklany stół – żonę porwali.

gone-girl-posterW tym momencie zostaje wprawiona w ruch ogromna machina mająca na celu znalezienie zaginionej. Taka typowo amerykańska – z naprędce zorganizowanym centrum dowodzenia wszechświatem, ze specjalnym numerem telefonu, z wieczornymi czuwaniami modlitewnymi i wszechobecnymi dziennikarzami. I w tym samym momencie nasz bohater, Nick, grany przez Bena Afflecka, zaczyna zachowywać się dziwnie, tak jakby za wszelką cenę starał się coś ukryć, jakby nie wiedział, jak się powinien zachowywać. Przez pierwszą część filmu (a można ten obraz, z grubsza, podzielić na trzy akty) nie da się tego faceta lubić.

W pierwszym, nazwijmy to, akcie filmu narracja prowadzona jest dwutorowo. Kolejne relacje z poszukiwania Amy (Rosamund Pike) przeplatane są wycinkami z jej pamiętnika. Te zaś fragmenty pokazują tło całego związku – od poznania się, przez oświadczyny, małżeństwo, kryzys finansowy, wyjazd na prowincję aż do „godziny zero”. Wtedy rozpoczyna się akt drugi, o którym nie mogę nic powiedzieć, bo zepsuję zabawę. W każdym razie, gdy zaczyna robić się nudno mamy fabularny zakręt o 180 stopni i film zaczyna się na nowo. Później następuje trzeci akt, a w zasadzie epilog, który jest już słabszy, ale na szczęście trwa tak z 15 minut. Za to zwroty fabularne serwowane w odpowiednich momentach powodują opad kapci. Chociaż gdyby film zakończył się sceną zamknięcia się w pokoju z kotem, byłoby dużo lepiej. Ten kot z resztą przewija się przez cały film i jest przesłodki. Rudy i wielgachny. I patrzący.

df-04280-04333-comp-gallery-image

Ben Affleck. Nowy Bruce Wayne… Ja tego nie widzę, chociażby dlatego, że w tym filmie gra dwiema minami – albo się po amerykańsku uśmiecha w momentach, w których absolutnie nie powinien się po amerykańsku sztucznie uśmiechać (co niby jest jakoś fabularnie uzasadnione, ale powoduje, że (powtórzę się) gościa nie da się lubić), albo przyjmuje Jedyny Słuszny Wyraz Twarzy Bena AffleckaTM  (JSWTBA), który jest strasznie wkurzający, niesamowicie drewniany, ale perfekcyjnie pasujący do postaci, która nie bardzo wie, co za kabała kręci się dookoła jego życia. On jednak, dzięki JSWTBA wcale nie wygląda, jakby przeżywał gehennę i nawet wprost wypowiedziane do teściowej zdanie „Ja tu przeżywam horror” brzmi absurdalnie, porównując to z jego wyglądem i postawą. Za to Rosamund Pike jest świetna w swojej roli. O ile w pierwszym akcie trochę nie pasuje do postaci, tak później jest już klasa. Do tego drugi plan jest bardzo ciekawy. Elokwentna i inteligentna policjantka ze swoim partnerem-przydupasem, który chciałby jak najszybciej zamknąć sprawę po linii najmniejszego oporu. Bardzo dobra siostra Nicka, ciekawa rola Niela Patricka Harrisa.

Film jest krytyką tabloidowych mediów, szczególnie telewizji, które całą sprawę zaginięcia Amy wykorzystują dla własnych celów i rozdrapują każde wydarzenie i każdą plotkę na wszystkie możliwe sposoby, dopasowując zdarzenia do postawionej wcześniej przez siebie tezy. Sama postać Nicka jest też przykładem, że odpowiednie dawkowanie faktami może zmienić sposób, w jaki patrzymy na daną postać, a fragmenty programów telewizyjnych pokazywane w filmie jeszcze dobitniej nam to uświadamiają. Sam Nick z resztą stwierdza „They disliked me, then they liked me. They hated me, and now they love me”. o yeah. indeed.

pobrane

A tak patrząc trochę z dalsza, to film jest o grze. O grze w przypodobanie się innym. O kreowaniu idealnego obrazu własnej osoby. O tworzeniu ideałów, ale tylko w swojej głowie. Dla niektórych ta gra stała się celem samym w sobie…

Bardzo dobry film. Z fantastycznie poprowadzoną historią. Z ciekawymi postaciami (wyłączając Afflecka, który ma swoje za uszami i jest denerwujący i na końcu podejmuje dziwaczną decyzję). Dobrze zagrany (wyłączając Afflecka, który był drewniany i boję się o nowego Batmana) i mistrzowskimi zwrotami akcji (tak, mało mi do szczęścia potrzeba), które zdarzają się dokładnie w tych momentach, w których człowiek ma dość opowiadanej historii i zaczyna patrzeć na zegarek. Wtedy nuda ucieka bardzo szybko i bardzo daleko. 8/10 i foka zatwierdzenia.