Apocalyptica, Kraków 08.10.2015

Zimno się zrobiło, więc na rozgrzanie przydałby się dobry metal. Apocalyptica, pomimo braku gitar, to wystarczająco dobry metal.
Początkowo trasa koncertowa promująca „Shadowmaker” miała odbyć się wiosną i wtedy bym ją przegapił. Ale, że została przeniesiona na październik, to o koncercie się dowiedziałem, płytę zdążyłem przesłuchać, i do krakowskiej hali Wisły udało mi się wybrać. Jak było – w skrócie – solidna porcja przesterowanych wiolonczeli, dobra muzyka, niezłe widowisko, ale nic, co zapisałoby się w historii polskich koncertów.

Zaczęli od „Reign of Fear”. Nie znałem i okazało się, że znać nie mogłem, bo podstawowa wersja nowej płyty nie zawiera tego kawałka. A jest znakomity. I towarzyszyły mu w punkt dobrane efekty świetlne – kapitalne spotlighty. Później była mieszanka utworów nowszych oraz najnowszych, w których bardzo ważną rolę odgrywał wokal Franky’ego Pereza. Tego samego człowieka, który śpiewa też wszystko na „Shadowmaker”. „I’m not Jesus”, „House of Chains”, „Not Strong Enough”. A potem zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Bo podejrzałem sobie to, co zagrali dzień wcześniej w Warszawie i to, co grali w Hamburgu (inne koncerty są na setlist.fm nie wypełnione) i zestaw był w miarę stały. A w Krakowie zamiast „Sea Song (You Waded Out)” z „Shadowmakera” perkusista najpierw uderzył w bębny raz, potem trzy razy i już wiadomo było, że ballady to oni teraz nie zagrają. Przypomnieli sobie, że zaczynali od bycia cover-banem Metallicy i zaczęli grać „Master of Puppets”. A „Master of Puppets” zawsze dobrze bawi i zawsze się sprawdza. Tak było i tym razem, nawet pomimo faktu, że publiczność niespecjalnie wczuła się w brakującą w tym akurat utworze rolę wokalisty (i dobrze, że się schował). Następnie, o dziwo, przyspieszyli jeszcze bardziej podczas „Refuse/Resist” i „Inquisition Symphony”.

Oglądanie Apocalypticy na żywo to jest wydarzenie samo w sobie, bo panowie biegają z jednej strony sceny na drugą, a przecież nie mają gitar, które wiszą na pasie, tylko wiolonczele, które, jakby nie patrzeć,są większe i jakby mniej wygodne do noszenia. I nie mają pasków, które ułatwiałyby ich noszenie. Ale to nie przeszkadza tym muzykom traktować wiolonczeli trochę jak gitary, często trzymając je prawie-że w poziomie.

Przez cały występ supportu, przygotowania do występu gwiazdy oraz przez pierwsze pół koncertu za muzykami znajdował się statyczny obraz manekinów oraz nazwa kapeli (w jednym utworze podświetlona projektorem). Manekiny były z resztą też leitmotifem wystroju całej sceny i były poustawiane w różnych miejscach jako dekoracja.
Okazało się, że ta statyczna plansza nie jest bynajmniej statyczną planszą, tylko jest cały czas obrazem rzucanym z projektora. Magia zaczęła się wtedy, gdy podczas krótkiej przerwy zaczęła się sama zamalowywać na biało, w czasie, gdy technicy odsłaniali białe elementy sceny oraz wysuwali drugi zestaw perkusyjny, mniejszy od poprzedniego. Po co on i dlaczego nie można skorzystać z jednego (tego zestawu perkusyjnego) nie wiem, ale wiem, że ten mniejszy był lepiej nagłośniony – przez cały koncert centrala głównego zestawu trochę ginęła w tle, a bębny brzmiały jak na metallicowym „St. Anger” (co jest chyba najcięższym zarzutem, jaki w ogóle można mieć do brzmienia bębnów), ale ogólnie większych zastrzeżeń do dźwięku nie mam. Dało się usłyszeć wszystko, oprócz wspomnianej centrali.

Wracając do muzyki, podawanej później z przeróżnymi wizualizacjami – „Bittersweet” zagrany instrumentalnie był jednym z najjaśniejszych punktów całego koncertu – tym razem muzycy klasycznie – na krzesełkach. W tle z powoli rozwijającą się wizualizacją mrocznej kaplicy, podkreśloną efektami świetlnymi. A’capella (szkoda) – cudowny moment. Świetnie zabrzmiał też „Hope”, ale ja ten utwór bardzo lubię tak po prostu. Podobnie jak „Riot Lights” z najnowszej płyty. Kraków został jeszcze poczęstowany, oprócz stałego na tej trasie „One”, dodatkowym coverem Metallicy w postaci „Seek and Destroy”. Bardzo milutko, tym bardziej, że wizualizacje podpowiadały kiedy śpiewać (ludzie tego wieczora nie byli jednak skorzy do pomocy artystom). A w „Hail of the Mountain King” został wpleciony „Mazurek Dąbrowskiego” tym razem przez publiczność elegancko wyśpiewany (gdzieś w okolicach utraty przez Polaków bramki na 2:1 w meczu ze Szkotami – taki chichot losu).

Ogólnie koncert był bardzo przyjemny, nie zawierał jednak niczego urywającego jakąkolwiek część ciała. Ale słuchało się tej muzyki bardzo przyjemnie. Były popisy instrumentalne, była możliwość pokrzyczenia sobie („Master! Master!”), była możliwość poskakania sobie i w ogólności było w porządku. Ale obawiam się, że szybko o tej imprezie zapomnę, bo nie zawierała niczego zapadającego w pamięć.
Publiczność, o dziwo, raczej nie dopisała – nawet blisko sceny było luźno, a trybuny z miejscami siedzącymi były całkiem wyłączone. Ale zespół się tym nie przejmował, tylko profesjonalnie grał swoje, co się chwali. Oczywiście zapowiedzieli przyjazd „very soon” – trzymam za słowo, bo imprezy tworzą całkiem przyjemne.

Za to merchendise mieli dość słaby – trzy wzory koszulek na krzyż, z czego tylko jeden nawiązywał do szaty graficznej albumu (która jest świetna).

Apocalyptica Setlist Hala Wisły Kraków, Kraków, Poland 2015