Assassin’s Creed. Ten kinowy

Ojej. Nie jest dobrze. Znaczy się – nie spodziewałem się po filmie „Assassin’s Creed” niczego dobrego, ale liczyłem, że będzie to film „oglądalny”. Nie jest. Nie jest na tak wielu poziomach, że aż przykro się robi oglądając go. Ale po kolei.

Co w „Assassin’s Creed” jest nie tak? Wszystko. Ale po kolei:

Fabuła – film wykorzystuje te najgłupsze, najbardziej naiwne i najmniej lubiane fragmenty gier, które stanowią jakieś 10% całej rozgrywki. Nie można przecież na serio traktować opowieści o wielowiekowej zabawie w kotka i myszkę pomiędzy dwaoma zakonami, która współcześnie polega na tym, że szuka się śladów artefaktu we wspomnieniach ludzi za pomocą maszyny wyciągającej te wspomnienia z DNA „obiektów”. A sam artefakt służy do kontroli umysłów wszystkich ludzi na świecie. W grach ta historia pełni marginalną rolę spoiwa poszczególnych części, a dla filmu jest główną osią fabularną…

…potraktowaną z taką powagą, jakby do była filozoficzna rozprawa na temat sensu życia. W tym filmie nie ma chyba ani jednego żartu. A już na pewno ani jednego dobrego żartu. Gdy Marvel w historię o azjatyckich mnichach wrzca żarty z wiazd muzyki, Ubisoft w 20th Centiry Fox traktują powyższą historię jakby to były wystąpienia sejmowe.

Postaci. Tam nie ma postaci. Są kukiełki, które wygłaszają patetyczne zdania o końcu wszelkich wojen i pokojowym Noblu. Jest główny bohater (Michael Fassbender!), który niby kogoś zabił, ale zachowuje się, jakby go ktoś jednak w to wrobił, ale i tak jest mu wszystko jedno. Jest pani doktor (Marion Cotillard!), która nie wiadomo czego chce, czy trzeba jej kibicować czy jednak nie. I tak nie ma w sobie żadnych emocji, więc dlaczego ja mam odczuwać jakieś w stosunku do niej. Jest też Jeremy Irons (!!!), który jest głównym złym, ale sprowadza się to do stania za szybą i patrzenia. To są aktorzy, którzy jakby chcieli, to zagraliby szafę trzydrzwiową, w połowie otwartą. Ale im się bardzo, bardzo nie chciało. A w ogóle to w sekwencjach historycznych pojawia się jeszcze blondyna, ale fakt, że to jest blondyna można zanotować co najwyżej na plakacie przed seansem, bo w trakcie filmu nie zdejmuje kaptura. I mówi jedno zdanie albo i nie. Nie pamiętam już.

Tak w ogóle to 70% filmu dzieje się w bliskiej nam przyszłości, a 30% w renesansowej Hiszpanii. Wspomnieć wymaga, że gry dzieją się w 90% w czasach historycznych, a w 10% – współcześnie. Dało się na pewno wymyślić ciekawą fabułę dziejącą się współcześnie, ale tak się jednak nie stało. O postaciach historycznych nie wiemy nic. Ok, znamy imię głównego bohatera tych sekwencji. A tak to nawet nie bardzo widać, że ich akcja dzieje się w Hiszpanii, bo wszystko tam jest zadymione tak, że nie widać prawie nic.

Czy w „Assassin’s Creed” było coś dobrego? Internety znajdują jakieś tam poukrywane smaczki dla fanów gier. Ja ich nie znalazłem, bo walczyłem ze snem (oprócz rzucania Fassbenderem w maszynie do czytania DNA ten film polega na staniu i gadaniu. I to nie rozmowie, tylko na wygłaszaniu monologów).

Mi się podobały sekwencje scen akcji. Fajnie biegali po dachach. Fajnie ścigali się na koniach. I fajnie walczyli na miecze. Bo już walka we współczesności była głupia i nie dało się na nią patrzeć (no chyba, że ktoś podziwia klatę Fassbendera – tej było dużo).

O, kostiumy też były fajne. Niektóre.

Nie oczekiwałem cudów. Ale miałem nadzieję na film, który będzie trzymał się kupy, a dostałem samą kupę. Dla tych parunastu minut ciekawych pościgów po dachach nie ma sensu marnować dwóch godzin na ten film. Są ciekawsze rzeczy. Większość rzeczy jest ciekawsza od tego – ja na seansie prawie usnąłem. I nie polecam. Pograjcie sobie w dowolną grę, nawet najgorzej ocenianą pierwszą część. Dają dużo lepszą rozrywkę niż filmowa adaptacja (która co by nie mówić, nie wywraca świata gier do góry nogami).