Camel, Kraków 20.07.2015

Tego koncertu mogło nie być. Cały świat zorientowany na progresywną odmianę rocka wstrzymał oddech w maju 2007 roku, gdy żona Andrew Latimera ogłosiła, że jej mąż cierpi na poważną chorobę krwi. Jeszcze w tym samym roku muzyk przeszedł operację przeszczepu szpiku, a kilkanaście miesięcy później wszyscy mogli odetchnąć z ulgą gdy ogłoszono, że muzyk powoli wraca do zdrowia. Z jeszcze większym entuzjazmem przyjęto wieści, że Latimer zebrał swoich znajomych i w 2013 roku zagra kilka koncertów. Wtedy Wielbłąd ominął Polskę, ale w tym roku RockSerwisowi udało się sprowadzić ten zespół do nas na dwa koncerty.

Koncert Camel w Polsce dla wielu ludzi był wydarzeniem najwyższej wagi. Dla mnie niekoniecznie. Nigdy nie poświęciłem tej muzyce tyle uwagi na ile zasługuje. Kojarzyłem pojedyncze dźwięki, znałem klimat, ale dyskografii na pamięć nie znałem (tylko poszczególne albumu, dość wyrywkowo). Z niezrozumiałych przyczyn nie wkręciłem się w tą muzykę w okresie, gdy zasłuchiwałem się w „Ciemną stronę księżyca” czy „The Wall” a przecież to jest dokładnie ta sama estetyka co Pink Floyd. Ale skoro góra przyszła do Mahometa i Camel miał zagrać 15 minut rowerem od mojego mieszkania, to czemu nie nadrobić zaległości?

Sala audytoryjna krakowskiego centrum kongresowego ICE Kraków była w ten ciepły, poniedziałkowy wieczór wypełniona do ostatniego miejsca. Camel ma w Polsce rzeszę wiernych fanów którzy wszystkie miejsca w tej dużej sali wykupili na miesiąc przed koncertem. Parę minut po dwudziestej cała piątka muzyków pojawiła się na scenie i zaczarowała wszystkich, którzy ich wtedy słuchali. Od pierwszych dźwięków „Never Let Go” po „Long Goodbyes” (zadedykowanym zmarłym w tym roku muzykom niegdyś grającym w zespole). Dwie godziny muzyki najwyższej klasy. Latimer na gitarze i flecie w centrum uwagi. Obok niego Colin Bass na gitarze basowej. Po bokach sceny dwóch klawiszowców i na środku perkusista. Ale to gitara i flet Latimera skupiały największą uwagę. W czasie długich solówek widać było po zachowaniu maestro, że występy na żywo bardzo go cieszą.

Jak już wspomniałem, nie do końca jestem obeznany w dyskografii Camela, więc nie miałem zbyt dużych oczekiwań co do setlisty. Ważne dla mnie było, abym dostąpił zaszczytu usłyszenia „Lady Fantasy” i to się udało. Dla takich momentów warto chodzić na koncerty. Drugim cudownym przeżyciem było zdecydowanie „Ice„, ale pozostałe fragmenty były równie piękne. Nie było jednak wszystkiego – miło byłoby usłyszeć „Stationary Traveller” na przykład, szczególnie, że słuchacze rockserwis.fm wybrali ten utwór tym „naj”. Tym razem jednak nie było dane mi go usłyszeć. Podobnie jak czegokolwiek ze „Snow Goose„. Ale na zestaw utworów nikt nie ma prawa narzekać, bo było bardzo dobrze. Najliczniej reprezentowana była płyta „Moonmadness„. Nawet grafika na centrali perkusji nawiązywała do tego albumu, bo wymalowany na niej był wielbłąd w kosmicznym skafandrze, jak we wkładce to tego albumu.

Na dźwięk też nie można narzekać. O ile koncert Stevena Wilsona w tej sali był troszkę za głośno, przez co chwilami delikatnie charczało, tak Camel brzmiał w zasadzie idealnie. Można było usłyszeć każdy instrument; to, co najważniejsze było najbardziej uwypuklone. Klasa. Dodatkowo wchodzących na salę audytoryjną krakowskiego centrum kongresowego wita przecudny zapach drewna. Tak więc oprócz świetnego dźwięku, dobrych widoków (tym, którzy siedzą w pierwszych rzędach na balkonach troszkę mogą przeszkadzać barierki, ale da się tak usadowić, aby było i wygodnie i z dobrą widocznością), wygodnych siedzeń jeszcze są przyjemne zapachy. Nic tylko delektować się muzyką.

Camel Setlist ICE Kraków Congress Centre, Kraków, Poland 2015, 2015 Summer