Czerwony Stratocaster. An Evening with Mark Knopfler, 13.07.2015, Kraków Arena

Wejście do Tauron Areny Kraków w poniedziałek nie nastręczało większych problemów. nie było z resztą do czego się spieszyć, bo każdy miał swoje miejsce zarezerwowane (zaleta i/lub wada miejsc siedzących na płycie). Pamiątkowe koszulki po 150 złotych. Fajne głownie dlatego, że w zdecydowanej większości nie czarne, ale, na miłość boską, trochę drogawo. Jak się miało trochę szczęścia i weszło się na trybuny dokładnie naprzeciwko sceny, to widok wręcz urzekał. Oto bowiem wszystkie instrumenty były już przygotowane, scena była skąpana w niebieskim półmroku i tylko jedno punktowe światło oświetlało opartego o wzmacniacz Marshalla czerwonego Fendera Stratocastera, ikoniczną wręcz dla Marka Knopflera gitarę.

Koncert w formule „An evening with…” oznacza, że supportu nie było. Dosłownie parę minut po dwudziestej muzycy wyszli na scenę. Na środku brakowało jeszcze samego maestro, który wyszedł po kilku chwilach, zapowiedziany przez herolda ubranego w gustowną marynarkę w brytyjską flagę.

Zanim będzie o samej muzyce, to mały disclaimer. Fanem muzyki Dire Straits byłem ładnych parę lat temu. Nie tyle przestałem ich lubić, co nie są moim pierwszym, drugim ani nawet trzecim wyborem, gdy przychodzi do poszukiwania playlisty. Solowe dokonania Marka Knopflera znam bardzo słabo. Przez to nie nastawiałem się na nie wiadomo jakie przeżycia podczas tego koncertu. Miało być miło, przyjemnie, ale bez większych uniesień.

Na szczęście playlista była ułożona tak bardzo pod moje gusta, jak tylko było to możliwe. Wśród szesnastu zagranych utworów pięć aż  to były utwory Dire Straits. Trzy kolejne to reprezentanci poprzedniego albumu Marka, „Privateering„. Z aktualnie promowanej (?) płyty „Tracker” były tylko dwa utwory, z czego nie został zagrany najlepszy, pierwszy singiel, opublikowany jeszcze przed premierą płyty – „Beryl„. Nie cieszę się, że nie było „Beryla„, cieszę się, że najnowszy krążek nie jest na siłę promowany, bo składa się on głównie ze średnich piosenek, które byłyby dobrą ilustracją wieczornej sjesty w Shire przy kuflu piwa. Nie podoba mnie się ona. Bluesowy „Privateering” jest za to świetny.

Wracając do koncertu. Rozpoczęło się od „Broken Bones” z „Trackera„. Następnie porywające (mnie) „Corned Beef City” i „Privateering„. W zasadzie każdy utwór był wydłużony o jakiś specjalny instrumentalny popis. Miał się z resztą kto popisywać, bo na scenie przebywało nawet dziewięć osób. Oprócz maestro był też perkusista, basista często łapiący się za kontrabas, drugi gitarzysta, dwóch klawiszowców (z czego jeden pogrywał czasami na gitarze, zaś drugi zamieniał fortepian na mooga i od czasu do czasu na akordeon) oraz dwóch flecistów. Z tym, że ci fleciści grali na wszystkim, na czym się tylko dało – gitary, mandoliny, wszelkiej maści flety a nawet kobza. Do tego na niektóre utwory zza kulis wychodził saksofonista. Syntezatory rozstawione dookoła jednego z muzyków wydawały się jakby z innej bajki. Co ważne, wszystko było świetnie nagłośnione. To był jeden z lepiej brzmiących koncertów na jakich byłem. Dało się wychwycić każdy instrument, każdy dźwięk. Czasami może wokal był wysterowany zbyt cicho (szczególnie w Sułtanach), ale nie na tyle, żeby to przeszkadzało. Jak na halę widowiskową, a nie typowo muzyczną dźwięk był bardzo dobry.

Zagrali „Sultans of Swing„. To było super. Na koniec głównego setu pokusili się o całość „Telegraph Road„. To jest 14 minut przecudownego utworu. Tutaj były już ciary na plecach. Ale bis rozpoczął się od „Brothers in Arms„. Z fletem rozpoczynającym i kończącym utwór. Mark tutaj już troszkę omijał niektóre przeciągnięte dźwięki podczas śpiewu, ale TA gitara grająca TEN utwór – to było przeżycie wręcz mistyczne. Później poprawili jeszcze „So Far Away„, ale z możliwości usłyszenia „Brothers in Arms” ciesze się do tej pory. Magia. Z resztą – czego by Mark Knopfler nie grał, jak bardzo by to nie było skomplikowane, wygląda, jakby było to dziecinnie proste, jakby robił to od niechcenia. Za to dźwięki, które wtedy wydobywa ze swojej gitary są magiczne.

I mogę narzekać, że taka muzyka nie jest w tym momencie moją ulubioną, ale gdy już muzycy pojawili się na scenie zrobiło się naprawdę miło i przyjemnie i aż żal było po tych ponad dwóch godzinach muzyki opuszczać krakowską Tauron Arenę.

Mark Knopfler Setlist Kraków Arena, Kraków, Poland 2015, Tracker