Drowning in slow-motion. 300: Rise of the Empire

Tekst zawiera lokowanie informacji mogących uchodzić za spojlery. Remember. You have been warned…

300-rise-of-an-empire-5331c6b8a17e9

Niektóre hollywoodzkie filmy odnoszą sukces kasowy, co staje się trochę niewygodne dla wytwórni, bo historia w nich opowiedziana nie za bardzo pozwala na nakręcenie sequela. Wydawało się, że taka sytuacja miała miejsce w przypadku filmu „300” opowiadającym o bitwie pod Termopilami. Wydawało się, że kto miał zginąć, ten zginął, kto miał wygrać, te wygrał i nie ma jak nakręcić dalszej części. Hollywoodzcy scenarzyści to jednak fachowcy najwyższej klasy i z każdego bagna potrafią wybrnąć. W taki sposób powstał film „300: Początek Imperium”.

Jak tutaj nakręcić kontynuację filmu, w sumie jest zamkniętą całością? Rozszerzyć całą otoczkę. O ile „300” opowiadało o jednej bitwie, tak „Początek Imperium” jest antologią wszystkich najważniejszych potyczek, jakie były udziałem Persów i Greków podczas ich wojen. „Początek Imperium” jest jednocześnie prequelem i sequelem „300”. Akcja dzieje się zarówno przed bitwą pod Termopilami, w jej trakcie (a nawet zahacza o jeszcze ciepłe od krwi wojowników miejsce walk bohaterskich Spartan), a także opowiada, jak wojna potoczyła się dalej.

Głównym bohaterem filmu jest Temistokles, którego poznajemy podczas bitwy pod Maratonem, 10 lat przed wydarzeniami z „300”, zaś jego głównym Nemezis nie jest Kserkses, lecz głównodowodząca perskiej floty, niejaka Artemizja. Akcję przedstawiono z punktu widzenia obu stron konfliktu, dzięki czemu widzimy próby zjednoczenia Greków uskuteczniane przez Temistoklesa, jak i knowania Artemizji zmieniające Kserksesa z mięczaka o aparycji bohatera Gry o Tron w złotego olbrzyma każącego się zwać Królem-Bogiem.

300rise

Cały film ma dość interesującą strukturę – na przemian oglądamy sceny walki oraz patetyczne przemowy. I to tyle. W tym filmie nie ma nic innego. Albo się leją, albo przemawiają, jakby właśnie kończył się świat.

Sceny walki są esencją całego filmu. Slow-motion, zmieniający płynnie jeszcze tempo, aby uchwycić sam moment pchnięcia czy uderzenia bronią we wroga, praca kamery, sztuczna (tworzona komputerowo) krew wylewająca się hektolitrami z ran. TO wszystko sprawia, że ma się wrażenie oglądania nie filmu, lecz gry komputerowej. Wszystko jest tak przerysowane, tak nierzeczywiste, że rodowód komiksowy aż krzyczy, że ma tutaj ostatnie zdanie. Przy okazji zachowany został klimat scen batalistycznych z pierwszej części, jest ich więcej i są lepsze. Nic tylko się cieszyć. Dziwnym jednak jest, że niektóre sceny są żywcem wyjęte z innych filmów. Wydawać by się mogło, że „300” wprowadziło do kina bardzo charakterystyczny sposób pokazywania bitew, ale mimo to i tak mamy ogrom zapożyczeń: scena skoku żołnierzy z klifu przypomina walkę Neo ze sługami Merowinga z Matrixa: Reaktywacji. Wezwanie Persów do wojny przez Kserksesa wygląda jak wymarsz wojsk Sarumana z Władcy Pierścieni: Dwóch Wież. Skoro ja zauważyłem dwie takie sceny, to znaczy, że w tym filmie jest ich o wiele więcej. Dla mnie to dobrze, bo z dobrych wzorców trzeba czerpać.

300-rise-of-an-empire-wallpaper-6

Sceny przemówień są jednak dużo słabsze. Też niesamowicie przerysowane, jednak treść, którą niosą jest dość dziwna. W zasadzie według scenarzystów Grecy walczyli o wolność. Wspólną wolność wszystkich państw-miast, rozumianą jako wolność Greków. Bo przecież nawet w Sparcie wszyscy byli wolni i nie było podziałów klasowych. No ale nic. Kwestia przyjętej konwencji. Ten film nie zawiera jednak normalnych dialogów. W pierwszej części Leonidas od czasu do czasu rzucił jakimś one-linerem dla rozluźnienia atmosfery, a w „Początku Imperium” one-liner jest jeden. Wypowiedziany przez Artemizję pod sam koniec filmu. Dlatego napompowane przez cały sceny dialogów zaczynają trochę męczyć gdzieś w połowie filmu.

Skoro dialogi, to i postaci. Tutaj też jest dziwnie słabo. Najlepiej napisaną i najlepiej zagraną postacią jest Artemizja (Eva Green). Kobieta silna charakterem (chociaż jedną, spektakularną porażkę w tym filmie zaliczyła), pałająca chęcią zemsty w stosunku do wszystkich Greków, co doprowadzi do jej upadku, niesamowicie zacietrzewiona, ale również niesamowicie inteligentna. Ale na chwile mogłaby poluzować mięśnie szczęki, wyglądałaby dużo ładniej :). Temistokles cały czas ma jedną minę. Nie ważne, czy wygrywa, czy przegrywa, czy przemawia do polityków, czy żony Leonidasa w Sparcie – cały czas ma lekko nieobecny wyraz twarzy. Jest jeszcze królowa Sparty Gorgo (Lena Headey), która rolę ma krótką, ale ważną i dobrze zagraną. Poza tym mamy czterech przydupasów Temistoklesa, których zadaniem jest walczyć i odpowiadać patetycznie na patetyczne pytania głównego bohatera. Ewentualnie ginąć, dając powody do zwiększenia patosu. Nie wyróżniają się między sobą niczym, nie pamiętam nawet, czy poznajemy ich imiona. Po prostu są i świecą torsami. No i jest jeszcze tło, czyli mięso armatnie, którego jedynym zadaniem jest świecenie kaloryferami. I umieranie.

300-Rise-of-an-Empire1

No właśnie – kaloryfery. Temistokles narzeka w jednej ze scen, że nie ma wojska, tylko grupę filozofów, poetów i rolników. Każdy z nich ma jednak klatę, jakby mu ją Michał Anioł dłutem haratał. Jakby jego pracą było nie pisanie eposów, tylko bieganie do Maratonu i z powrotem, aż nie wyrzeźbi sobie kaloryfera. Na szczęście dla mężczyzn, Eva Green dała się namówić na obnażenie swego  ciała, ale i tak przez 90% filmu trzeba oglądać półnagich mężczyzn w spódniczkach…

Kilka scen ma szanse przejść do historii kina akcji. Jest pocałunek poprzedzony dekapitacją, jest bieg na koniu po rozwalających się trierach, mający przystanek również pod wodą. Jest najdziwniejszy stosunek przerywany w dziejach kina (i absurdalnie wyglądające negocjacje trwające równocześnie z nim). Poza tym cały film bardzo mocno trzyma się  w warstwie wizualnej konwencji trochę nierealnej bajki. Są sztuczne, bombastyczne tła, jest morze tworzące góry i doliny (aby łatwiej było obserwować bitwę morską). Jest Kserkses, który 300_rise_of_an_empire_5     jest dziwny. A właśnie – bitwy morskie. Z jednej strony ograniczały trochę twórców, bo nie dało się pokazać wszystkiego tak spektakularnie jak w otwierającej cały film sekwencji spod Maratonu, jednak dały zupełnie nowe możliwości epickiego ukazania walk. A walki starożytnych trier nie są częstymi gośćmi ekranów.

Jakże dziwny jest to film. Sceny akcji plastycznie wspaniałe. Komiksowo przerysowane, komputerowo przesadzone, jednak choreograficznie wspaniałe, podsycone jeszcze niesamowitym spowolnieniem czasu. Obok nich są beznadziejne dialogi, niesamowite głupotki scenariusza, patos, oraz totalnie nijakie postaci (oprócz dwóch kobiet). Ale ogląda się to wyśmienicie, o ile ktoś wie czego się spodziewać i kupi konwencję niczym nie skrępowanego kina akcji z nagimi torsami. Gdyby jeszcze Eva Green nie była przez cały film taka zawzięta… Ale umieszczenie kobiety jako arcyłotra jest niegłupim pomysłem, chociaż walka na miecze pomiędzy Temistoklesem a Artemizją była trochę dziwaczna.

Eva-Green-300-Rise-Of-An-Empire-HD-Images

mimo wszystko, za dziką radość oglądania scen batalistycznych:

7/10

P.S. Fajna jest animacja na końcu filmu z muzyką Black Sabbath w tle.