Dwugodzinny zwiastun. Batman V Superman: Świt Sprawiedliwości

Zwykle staram się nie czytać recenzji filmów przed seansem. Aby sobie nie psuć widowiska. Ale jak wszyscy zaczęli jeździć po tym filmie tak bardzo, że aż Ben Affleck popadł w melancholię, to nie wytrzymałem i trochę poczytałem. Przez to do kina szedłem z pewną tezą („czy to jest rzeczywiście aż tak złe?”) i z dość dużym bagażem detali, na które warto zwrócić uwagę. Na domiar złego, nie jestem fanem „Man of Steel”, którego „Batman V Superman: Świt Sprawiedliwości” jest bezpośrednią kontynuacją, więc nie spodziewałem się nie wiadomo czego. W zasadzie to spodziewałem się totalnej katastrofy. I co?

To bez wątpienia jest słaby film. Ale to nie jest film beznadziejny.

Zdecydowanie. To się da oglądać. Można się na tym filmie dobrze bawić. Streszczając cały problem w paru zdaniach: aktorzy się sprawdzili, niektóre sceny wyglądają obłędnie, walki, szczególnie te Batmana, są prześliczne. Ale scenarzysta robił absolutnie wszystko, żeby zarżnąć ten film. Tak w zasadzie to trzy filmy, bo to są, skompresowane w jeden, trzy różne filmy.

batman-v-superman-dawn-of-justice-56eea40d0ddf9

Przez te dwie i pół godziny oglądamy: po pierwsze, rozprawę społeczno-polityczną na temat kontaktu z obcymi (jednym Obcym), nad którymi nie ma żadnej kontroli (i czy taka powinna istnieć). Zamiast jednak wymiany argumentów mamy co chwilę powtarzane (wciąż te same) bardzo pompatyczne przemowy, które niczego nie wnoszą. W pewnej chwili już wydaje się, że dostaniemy punkt widzenia Supermana, co mogłoby zmienić ton filmu, ale w tym momencie scenarzysta wymyślił sobie zwrot akcji i Superman nawet nie zdążył otworzyć ust. Zmarnowany potencjał na bardzo ciekawy political-fiction.
Po drugie dostajemy budowę nowego filmowego uniwersum DC – w kontrze do Marvel Cinematic Universe. Pojawiają się nowe postaci – Lex Luthor, Wonder Woman, Flash, Aquaman czy Cyborg, ale wszystko zrobione jest tak, żeby pokazać jak najmniej. Dość powiedzieć, że trzej ostatni dostają po kilka sekund absurdalnego fragmentu wplecionego pomiędzy główne starcie bohaterów. Dlaczego wtedy? Wonder Woman dostała za to rolę „dziewczyny Bonda” – pojawia się co chwilę, nie wiadomo skąd i po co, ma świecić gołymi plecami i na koniec dopiero ujawnia swoją tożsamość. Bez żadnej motywacji, beż żadnego wstępu, po prostu przychodzi i jest.
No a między to wszystko wplątana jest typowa fabuła filmu superbohaterskiego, w którym ten-główny-zły knuje coś strasznego, a ten-główny-dobry ma mu przeszkodzić w ostatniej chwili i uratować świat.
Gdyby scenarzysta zdecydował się tylko na jeden z tych wątków, dobrze go opowiedział to byłby to film świetny.

A tak dostajemy trwający 2,5 godziny zwiastun.

supermanbatman-53dbedc261275Zwiastun całego uniwersum. Tak to jest zmontowane. Przez pierwsze półtorej godziny scenarzysta za wszelką cenę nie chciał powiedzieć o czym jest ten film. Pomimo tego, że zwiastuny dokładnie go streściły. Scenarzysta rzuca w widzów losowymi scenami, niewynikającymi z siebie w żaden sposób. Nie zawiązuje żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Dość powiedzieć, że Batman ma w tym filmie trzy sny, a Superman dodatkową wizję-sen-diabli-wiedzą-co. Nie ma tutaj jakiejś ciągłości fabuły – raz jesteśmy w jaskini Batmana, za chwilę w studio CNN, po chwili w siedzibie LexCorp i żadna z tych scen nie wynika z poprzedniej. Tego, że mamy tutaj co najmniej trzy wątki trzeba domyślić się samemu.
Oprócz tego widza traktuje się jak kretyna, ze cztery razy powtarzając scenę śmierci rodziców Wayne’a (której nie powinno być wcale, bo film w kwestii np. Wonder Woman wymaga choć minimalnej znajomości tematu – a w przypadku Batmana scenariusz jest zrobiony dla totalnych laików).

W „Dawn of Justice” nikt z nikim nie rozmawia. Większość dialogów kończy się po jakiś dwóch kwestiach. Dość powiedzieć, że drugiej najważniejszej walki by nie było, gdyby Superman powiedział Batmanowi wprost po co przyleciał do Gotham. Z drugiej strony dostaliśmy świetną sekwencję walki, tyle że zakończoną w najbardziej absurdalny możliwy sposób. Wyglądało to tak, jakby chłopcy zrobili sobie wieczorek sado-maso i Superman w pewnym momencie użył safe-worda. O ile motywy obydwu postaci, aby się okładać po ryjach były według mnie bardzo naciągane, to motyw pogodzenia się był idiotyczny. Pół filmu budowania napięcia, pół filmu przygotowań i po jednym słowie Batman przestaje okładać Supermana. Litości! Przy tym inne oczywiste dziury fabularne nie mają znaczenia.

supermanbatman-56689dd955963Na koniec tylko wspomnę o „szczuciu epickością”. Patetyczna, głośna muzyka. Slow-motion (którego swoją drogą jest mnóstwo, często w dziwnych momentach, ale to Snyder). Batman stoi na czubku wielkiego dźwigu. I… patrzy na przeładunek w porcie. Nie dzieje się nic szczególnego, a atmosfera jest taka, jakby była to kulminacja filmu. I tak co scena. Nawet spacer Bruce’ do mauzoleum, w którym leżą jego rodzice jest w slow-motion.

Wady mamy w miarę załatwione. Teraz czas na zalety, bo ich jest, o dziwo, trochę. Po pierwsze – ten film wygrał zdecydowanie Ben Affleck.

Ben Affleck dał radę! Jest świetnym Brucem Waynem!

Fantastycznym. Mino,  że scenarzysta dał mu rolę wiecznie wkurzonego, obrażonego na świat mruka. Nie do końca wiadomo, jakim jest Batmanem, bo w zasadzie w tej roli albo stoi albo walczy. Ale jak już walczy, to wyreżyserowane jest to świetnie. Tylko finałowa walka trochę odstaje, ale pozostałe mają kapitalną choreografię. Tutaj widać rękę i oko Snydera, który przecież wyreżyserował „300”.
Ciekawy jest Lex Luthor, chociaż gada chyba za dużo i przez to bez sensu. O Supermanie nie można nic powiedzieć, bo przez większość filmu tylko stoi i się wyniośle patrzy na rzeczy. Clark Kent udowadnia, że nie wiadomo dlaczego znalazł się w redakcji gazety, skoro nie zna Bruce’a Wayne’a. Serio? Perry White, naczelny „Daily Planet” jest tutaj comic reliefem. Tworzy cudowne nagłówki artykułów. Lois Lane służy scenarzyście do komplikowania biegu wydarzeń – czego się dotknie, to później się źle odbija (słowo-klucz: włócznia). O reszcie ciężko cokolwiek powiedzieć, bo w tym filmie mało się mówi. Aktorzy, szczególnie Affleck, dali radę, pomimo kłód rzucanych im pod nogi przez scenarzystę.

batman-v-superman-dawn-of-justice-56fd780a24e30Film ma bardzo ładne zdjęcia, choć pod koniec, w trakcie kulminacyjnej walki efekty specjalne ładowano wiadrami i całość wygląda bardzo pokracznie, tak jakby ktoś w Afer Effects klikał we wszystko, co się tylko dało.

W „Batman V Superman: Świt Sprawiedliwości” po prostu wszystkiego jest za dużo. Wątków, pomysłów, efektów, postaci, patosu, mroku. To się powinno skończyć po przedostatniej walce, ale jednak scenarzysta doszedł do wniosku „za mało walk! za mało postaci! za mało przeciwników!”, więc dorzucił jeszcze Doomsdaya, którego wątek powinien być osobnym filmem!

Poza tym każdy przychodzi na ten film z jakąś wiedzą i oczekiwaniami dotyczącymi postaci i filmu, który dodatkowo reklamowany jest bardzo agresywnie. I jeżeli ktoś spodziewa się dzieła, które ma przyćmić trylogię Nolana, to może się rozczarować. Nie wyróżnia się on jednak bardzo na minus wśród filmów superbohaterskich. Jeżeli pogoni się scenarzystę i zatrudni na jego miejsce kogoś, kto nie jest szpiegiem Marvela, to da się jeszcze to uniwersum uratować.

P.S. Już w połowie lipca na płytach ma mieć premierę wersja rozszerzona tego filmu, dłuższa o około pół godziny i z ratingiem „R”, jak „Deadpool”. Inny, lepszy montaż może temu filmowi tylko pomóc, więc czekam na tą wersję rozszerzoną z napięciem i nadzieją.