Farewell to Childhood – Fish, 19.12.2015, Kraków

Fish to człowiek, który trzydzieści lat temu (z okładem) śpiewał w kapeli, która Marillion się nazywa. Drogi wokalisty i pozostałych członków zespołu rozeszły się po nagraniu czterech płyt. Pan Derek Dick nagrywał z mniejszym (częściej) lub większym (np. „Vigil in the Wilderness of Mirrors”) powodzeniem albumy solowe, zaś Marillion znalazł sobie nowego wokalistę, wykonał ogromną woltę stylistyczną i nagrywa płyty po dziś dzień.
Najbardziej znanym, najbardziej przebojowym, jako całość zdecydowanie najważniejszym z tych czterech albumów nagranych przez Marillion z Fishem jest wydany w 1985 „Misplaced Childhood”. „Kayleigh” i „Lavender” są tak dobrymi utworami, że można je nawet dziś usłyszeć w radio, nawet tym bardziej komercyjnym.
Koncerty Fisha to jedyna możliwość, aby usłyszeć ten materiał na żywo – Marillion ze Stevem Hogarthem na wokalu nie wraca do tych czasów, choćby z tego powodu, że H to zupełnie inny typ wokalisty. Fish po latach doszedł jednak do wniosku, że najwyższy czas porzucić odgrzewanie po raz enty starego materiału i tegoroczna trasa ma być ostatecznym pożegnaniem się artysty ze swoim najsłynniejszym dziełem.

Krakowskiego koncertu miało nie być. Trasa Fisha po Polsce miała składać się z czterech koncertów – w Szczecinie, Gdańsku, Warszawie i Bielsku Białej. Niestety, z powodu choroby ten ostatni koncert został odwołany. Management chciał to wynagrodzić fanom i postanowił dokończyć tą trasę w terminie i miejscu, które było wolne i odpowiadałoby zespołowi. Dzięki temu na samym końcu trasy dorzucony został Kraków (dokładnie klub Studio na Miasteczku Studenckim). Sobotni wieczór, akurat chwila by odsapnąć od świątecznych przygotowań, więc dobra frekwencja nie dziwiła. Dzięki zrządzeniu losu krakowski koncert ma szansę przejść do historii jako ostatnie w ogóle wykonanie „Misplaced Childhood” na żywo.

Na początku wystąpił polski zespół Lizard. Bardzo przyjemna neoprogresywna muzyka, z dużą ilością solowych popisów na gitarze (popisów nie technicznych, tylko bardziej klimatycznych). Ja słuchałem bez większych uniesień, ale podobało mi się.

Farewell-to-Childhood-A2-Poster-3Po entuzjastycznej zapowiedzi organizatora imprezy na scenie pojawił się Fish z zespołem. Wyszedł tanecznym krokiem, żwawo i rozpoczął od czterech utworów ze swoich solowych płyt. Te znam słabo bądź wcale, więc przyjąłem założenie, że to tak ma wyglądać i się nie przejmowałem, choć zapowiedź turbulencji było już czuć w powietrzu. Trochę było zachęcania do klaskania do rytmu, trochę prób rozruszania publiczności, trochę pacyfistycznej agitacji (przed „The Perception of Johnny Punter”), ale po dwudziestu minutach grania Fish zapowiedział główne danie wieczoru, czyli ostatnie wykonanie „Misplaced Childhood”.

I według mnie bardzo dobrze, że ten człowiek więcej nie będzie tego materiału kaleczył.

Fish już totalnie nie ma głosu. Przykro się momentami robiło, gdy przecudne melodie tej płyty są zamieniane na melorecytację. „Long, long dried tears, invisible tears”. Ten fragment z „Pseudo Silk Kimono”, samego początku albumu, dokładnie obrazuje moje odczucia po tym koncercie. Jakbym nagrał „Kayleigh” i komukolwiek puścił to nagranie, nikt by nie poznał, że to ten utwór. Lepiej było zostawić śpiewanie publiczności, która starała się jak mogła, ale to nic nie dawało, bo do uszu docierały tylko te straszne dźwięki płynące ze sceny. „Misplaced Childhood”, ale też pozostałe albumy Fisha z Marillionem to nie są proste rzeczy. Fish śpiewał wysokim głosem, długo ciągnął melodie – teraz nie jest w stanie zrobić ani jednego ani drugiego. Z wielu powodów mam ogromny sentyment do tego albumu i szkoda, że chcąc usłyszeć go na żywo w oryginalnym wykonaniu dostałem coś takiego. Mam tylko nadzieję, że Fish nie zmieni zdania i nie ruszy za parę lat w kolejną trasę z materiałem Marillionu, bo nawet boję się myśleć, jak zabrzmiałoby dziś „Warm Wet Circles”.

Dodatkowo pewne problemy miał dźwiękowiec. Albo to ja stałem w złym miejscu, albo coś szwankowało, bo gitary było słychać właściwie tylko podczas solówek, a dodatkowo podczas „White Feather” coś było za głośno i uszy co chwilę atakował świdrujący pisk, który trudno było wytrzymać.

Kiedyś to musiało nastąpić – koncert, po którym żałuję wydanych pieniędzy. Tyle odgrzewanych kotletów już usłyszałem – Roger Waters grający „The Wall”. Metallica, Camel – wszyscy dają jakoś radę. Fish już niestety nie daje i bardzo dobrze, że wycofuje się z grania utworów Marillionu. Bo głos już niestety nie ten i szkoda kaleczyć tak piękny materiał.