Fucha na boku – Steven Wilson „4 1/2”

W przerwach pomiędzy kolejnymi etapami trasy koncertowej promującej zeszłoroczny album „Hand. Cannot. Erase.” Steven Wilson wpadł do studia, aby nagrać płytę, której tytuł już sugeruje, że to nie ma być najważniejszy etap jego kariery muzycznej.

„4 1/2” to minialbum, który ma być tylko krótkim przerywnikiem przed kolejną „duża” płytą zapowiedzianą wstępnie na przyszły rok. To raczej pretekst, aby na tegoroczne koncerty zwabić tych fanów, którzy widzieli ten spektakl rok wcześniej („hej, gram nowe piosenki!”). Składa się on z sześciu tworów i trwa 38 minut. Dla przypomnienia, ostatni pełny album Bryana Adamsa trwa minut 35, z czego 10 ostatnich to wersje akustyczne piosenek, które wcześniej na tej płycie znalazły się w wersji „elektrycznej”. Najlepszym określeniem dla „4 1/2” byłoby zapożyczone ze świata gier komputerowych „DLC” do „Hand. Cannot. Erase.”. Po prostu zestaw rozszerzający poprzednią płytę.

sw-photo

Nie jest to rozszerzenie fabularne 😛 Choć temat „Hand. Cannot. Erase.” jest na tyle obszerny (album opowiada o życiu osoby, która mimo życia w ogromnym mieście czuje się samotna i anonimowa), że „My Book of Regrets” oraz „Happiness III” można by spokojnie pod tamten temat podpiąć, bez szkody dla spójności.

Wśród tych sześciu utworów połowa jest instrumentalna, a druga – śpiewana. Dwa z tych instrumentalnych to bardzo spokojne, trochę ambientowe, krótkie (około 4 minuty każda) miniaturki: „Year of the Plague” to delikatny motyw na gitarze akustycznej podlany tęsknymi smyczkami, „Sunday Rain Sets In” jest bardziej mroczny, w klimacie „Grace for Drowning”, z ładną solówką gitarową i typowym Stevenem Wilsonem na końcu, czyli niespodziewanym wybuchem progresywnej agresji. Trzeci zaś utwór instrumentalny to najlepszy kawałek na całym albumie. „Vermillioncore” to taki mroczny, współcześnie-progresywny utwór, ocierający się momentami o metal, ze świetnym motywem przewodnim wrzuconym w elektroniczne otoczenie. Takie Porcupine Tree z okolic „In Absentia”.

Typowy Steven Wilson to także otwierający album „My Book of Regrets”. Przez 10 minut jest tam i ładna melodia, i popisy solowe, i ballada, i trochę ostrzejszego grania; wszystko wymieszane ze sobą w taki sposób, że nie wiadomo, czego spodziewać się za chwilę. No i oczywiście są fragmenty żywcem wyciągnięte z innych utworów Wilsona – tym razem motyw gitary w drugiej części utworu jest jakby bezpośrednio wyjęty z „Time Flies” – piosenki Porcupine Tree. Który to znowu motyw był krytykowany za kopiowanie Davida Gilmoura z „Dogs”.

„Happiness III” to znowu piosenka do radia. Ta melodia mogłaby się podobać, gdyby oczywiście ktoś ją w radio chciał grać 😉 Bardzo przyjemny fragment tej płyty.

4-12-topNa koniec pozycja najdziwniejsza. Poprzednie utwory nawiązywały brzmieniem do Porcupine Tree. „Dont’ Hate Me” to po prostu nagrany jeszcze raz utwór tego zespołu. Zmienil się niewiele, ale te zmiany wnoszą tak dużo, że warto było – po pierwsze, mniej ważne, zamiast sola na flecie jest solo na melotronie. Po drugie – dużo ważniejsze – refreny śpiewa Ninet Tayeb, wokalistka, która zaśpiewała na „Routine” na „Hand. Cannot. Erase.”. Zwrotki dalej śpiewa Wilson i dzięki temu mamy piękny dialog, który trochę zmienia wydźwięk tekstu. Jest magia.

I to wszystko, 38 minut płyty, z czego niecałe pół godziny nowego materiału, głównie dal fanów, bo nie ma tam niczego rewolucyjnego. Dobrze się tego słucha choć duży rozstrzał gatunkowy – od ambientu po metal trochę utrudnia pierwsze przesłuchania. Momenty są, choć chciałoby się ich więcej.

P.S. W streamingu album dostępny tylko na Apple Music niestety.