Ghost in the Shell

Na „Ghost in the Shell” szedłem jako totalny laik. Znałem bardzo ogólny koncept, na którym oparte są manga oraz anime, ale nic poza to, co można było wywnioskować z trailerów hollywoodzkiego filmu. Tak więc zamiast porównań do oryginału i rozdzierania szat nad zmianami fabularnymi, będzie to, co mi się podobało oraz to, co mnie rozczarowało.

Na plus: Film od razu daje „po ryju”. Pierwsza sekwencja po krótkim wprowadzeniu wjeżdża na maksymalne obroty i trzyma widza za gardło przez pierwsze 15 minut filmu. Scenografia, choreografia, muzyka i montaż są tak efektowne, że chce się tą sekwencję oglądać w kółko.

Na minus:Później taka scena już się nie powtórzy. Twórcy hamują tempo akcji, a kolejne sceny akcji są realizowane z dużo mniejszym rozmachem, niż początek filmu. Najbardziej rozczarowuje chyba walka finałowa, która jest ciasna, ciemna, nudna, bardzo kameralna. W żadnym momencie nie wytrzymuje porównania do spektakularnego początku filmu. No i kończy się zanim tak na prawdę się zaczyna. Napięcie podane jest odwrotnie, niż – wydawałoby się – powinno być, bo na początku jest trzęsienie ziemi, ale później napięcie wcale nie rośnie.

Na plus: Scenografia, kostiumy, charakteryzacja, czyli ogólnie wszystko to, co widać. Projekt miasta przyszłości z gigantycznymi holograficznymi reklamami, wygląd postaci, szczególnie robotów. Wszystko wygląda pięknie. Na ile są to pomysły przeniesione wprost z komiksu czy japońskiej animacji, a na ile autorskie wymysły amerykańskich twórców – to nie ma znaczenia, ważne, że wygląda to świetnie. Bardzo dobrze dopasowana do klimatu filmu jest też muzyka – elektroniczna, minimalistyczna ale nie taneczna – troszkę retro, trochę Daft Pank, dalekie echa chiptune. Klasa.

Na minus: Jak to zwykle bywa w wysokobudżetowych widowiskach, logika bardzo kuleje. Bo jak ogromna korporacja, tworząc projekt dla wojska, może sobie pozwolić na zgubienie prototypu swojej broni, która później biega sobie po mieście i sieje chaos. To jest nie do pomyślenia we współczesnym świecie, a co dopiero mówić o świecie przyszłości, w którym takie korporacje powinny mieć więcej świadomości błędów, które można popełnić. Gdyby korporacja „Hanka” swoje nieudane prototypy trzymała zamknięte pod kluczem, albo nawet zutylizowała, to cała historia przedstawiona w filmie nie miałaby miejsca. A takich nielogiczności drobnych, acz uciążliwych jest dużo, ale ładne obrazki skutecznie odwracają od nich uwagę.

Na plus: Film delikatnie stara się zadawać pytania trochę filozoficznej natury. Niestety po łebkach. Według mnie sygnalizując tylko problem wspomagania się ludzkości syntetycznymi udoskonaleniami oraz określeniem granicy, która oddziela maszyny od ludzi, zamiast się wgłębiając w niego na poważnie, twórcy poszli trochę na łatwiznę. Skoro i tak efekciarstwa starczyło na pierwsze 15 minut, można było zająć się filozofią na poważniej. Ale grunt, że nie chodzi tylko o rozwałkę. Plus jednak bardziej za dobre chęci niż za realizację.

Na minus: Coś co roboczo nazwałem „Martha Factor”. Główna bohaterka zmienia swoje przekonania nie dzięki sile argumentów jej rozmówcy, ale dlatego, że zobaczyła jego tatuaż, który przypominał to, co ona widzi w swoich halucynacjach. I ten obrazek w mgnieniu oka zmienił jej światopogląd o 180 stopni. No można było to bardziej dopracować, bo w kinie wydało mi się to zbyt naciągane.

Objętościowo patrząc na tekst, to minusy przeważają, ale film oglądało mi się dobrze. Te głupotki, które wymieniłem wcale nie przeszkadzają za bardzo w oglądaniu, tym bardziej, że wizualnie „Ghost in the Shell” zachwyca. Jak na spektakularną rozrywkę – film dobry. Ale to nie jest film, który poruszałby jakieś ważne tematy, czy miał cokolwiek zmienić lub choćby przekonać nieprzekonanych do science-iction, bo jak się zacznie podczas seansu myśleć i zastanawiać, to cała intryga przestaje się kleić, jak w każdym wysokobudżetowym filmie.