Go back to the world 30 years ago. Riverside „Love, Fear and the Time Machine”

Warszawski zespół Riverside wydał niedawno swój szósty album. I jeżeli miałbym go porównać do muzyki już istniejącej, to posiłkowałbym się płytami Genesis z lat 80’tych. Dużo melodii, które z powodzeniem mogłyby sobie radzić na wszelkiego sortu listach przebojów, ale także trochę ambitniejszego kombinowania. Porównując zaś do wcześniejszych albumów grupy, jest trochę zmian, ale z miejsca rozpoznawalny styl ciągle jest zachowany.RIVERSIDELoveFear

Skojarzenie z Genesis wydaje się tym słuszniejsze, że sami autorzy wskazują lata osiemdziesiąte jako główną muzyczną inspirację podczas tworzenia „Love, Fear and the Time Machine”. Moje skojarzenia powędrowały do dwuczęściowego utworu „Home by the Sea” – pierwsza z nich jest bardzo przebojowa, szalenie popularna; druga zaś – prawie w całości instrumentalna, skomplikowana i trudniejsza w odbiorze. Podobnie jest z nowymi Riverside’ami. Taki „Caterpillar and the Barbed Wire” oprócz przepięknej części śpiewanej zawiera długi, trudniejszy w odbiorze fragment instrumentalny. Najbardziej jednak pod ten schemat podpada „#Addicted”, tyle, że tam ten progresywny odlot jest tylko króciutkim zamknięciem całej piosenki.

W muzyce Riverside najważniejsze jednak są melodie (tutaj znowu widzę analogię do collinsowego Genesis). Refren otwierającego płytę „Lost” jest tutaj najlepszym przykładem. Ten utwór z miejsca powinien stać się numerem jeden nie tylko Listy Przebojów Trójki, ale dowolnej, nawet bardziej komercyjnej, stacji radiowej. A w ciągu godziny, jaką należy przeznaczyć na wysłuchanie całości albumu pojawia się takich perełek kilka. Jeszcze wspanialszym utworem jest „Time Travellers” – spokojna, ciepła ballada, która potrafi wryć się w pamięć na cały dzień.
Do samych melodii dochodzą jeszcze najpiękniejsze sola gitarowe, jakie Piotr Grudziński kiedykolwiek nagrał. Znowu jako przykład podam „Lost”, ale także zasugeruję „Found”. O dziwo bardzo mało jest na tym albumie solowych popisów klawiszowych Michała Łapaja – oczywiście klawisze w dalszym ciągu są bardzo ważne, ale w żadnym momencie nie zostajemy sam na sam z jego instrumentami. Za to gitara basowa jest wszędzie. Większość utworów jest w głównej mierze oparta o partię basu Mariusza Dudy. W takim „#Addicted” pod zwrotki podkład stanowi tylko perkusja i właśnie gitara basowa. Prawie wszystkie piosenki zaczynają się od partii basu, do której powoli dochodzą kolejne instrumenty („Discard Your Fear”, „Under the Pillow”). Ten krążek jest argumentem przeciwko tezie, że w muzyce rockowej basiści nic nie znaczą. Tutaj jest on na pierwszym planie (i na dodatek jest autorem tekstów).

Riverside-na-Metal-Hammer-Festival-2015Płyty się dobrze słucha ze względu na dobre rozłożenie utworów. Nawet słabsze fragmenty nie nużą, bo wie się, że za chwile poleci kolejny świetny kawałek. A najlepsze na „Love, Fear and the Time Machine” są według mnie „Lost”, „#Addicted”, „Time Travellers” oraz w dalszej kolejności „Discard Your Fear” i „Found”. Pozostałe są nie tyle słabe, co nie mają czegoś, co by mnie od razu porwało. Są świetne, ale te wymienione wcześniej są lepsze.

Zmieniły się także emocje. Tym razem utwory są dużo optymistyczniejsze, niż na wcześniejszych albumach grupy. Całość zaczyna się niepewnie od „Lost”, ale kończy „Found”. W opublikowanym na kilka tygodni przed pozostałymi utworami singlem „Discard Your Fear” Duda śpiewa, że „(…) no more fear of love”. Do tej pory teksty Riverside były albo mroczne, albo krytyczne w stosunku do współczesnego świata (szczególnie w kontekście otaczającej nas technologii). Ten drugi wątek pojawia się też na „Love, Fear and the Time Machine”, ale jest potraktowany bardzo po macoszemu tylko w „#Addicted”. Nawet okładka sugeruje zmiany – zamiast mrocznych szarości i brązów jest fiolet oraz róż.

W swojej niszy Riverside są międzynarodowymi gwiazdami. Kolejne ich albumy nie zawodzą, a nawet są coraz lepsze. Mamy zespół grający na światowym poziomie i powinniśmy się nim chwalić. „Love, Fear and the Time Machine” może zawierać trochę słabszych fragmentów, ale i tak jest jedną z najlepszych płyt tego roku. Solidne 8/10.