Green Day, Kraków 21.01.2017

Green Day promuje swoją najnowszą płytę „Revolution Radio” (solidną porcję muzyki swoją drogą) objeżdżając obecnie Europę. Polski przystanek na tej trasie wypadł w Krakowie. I warto było stawić się w ten sobotni, chłodny, styczniowy wieczór w Tauron Arenie aby się dobrze pobawić. Bo rozrywki panowie dostarczyli doskonałej.

Spóźniłem się trochę na support. Trochę z własnej winy (stałem przez kilka (naście?) minut w niewłaściwej kolejce do wejścia – brawo ja), trochę z dziwnej organizacji szatni naprędce zorganizowanej w małej hali Tauron Areny. Niemniej The Interrupters to solidne ska/punk rock bez zbytnich udziwnień – skoczne i przyjemne w odbiorze. Słuchalne 😉

No ale najważniejsi i tak byli panowie z Green Daya. Zaczęli punktualnie o 20:00, jak było w rozpisce. Na dobrą sprawę to zabawa zaczęła się jakieś dziesięć minut wcześniej, od chóralnego odśpiewania przez publiczność „Bohemian Rhapsody” (o tym, jak wielkich chichotem historii jest fakt puszczania przed punkrockowym, bądź co bądź, koncertem jednego z największych hymnów rocka progresywnego mógłbym długo opowiadać. Brakowało tylko, żeby puścili Pink Floyd). Później poszli Ramonesi, a na scenie zaczął szaleć wielki królik. Taka maskotka zespołu. Rozgrzał publiczność. Po chwili wyszli już sami muzycy i rozpoczęli od „Know Your Enemy”.

Od razu zaczęło się szaleństwo zarówno na scenie (Billie Joe ma parę, żeby przez dwie i pół godziny biegać z jednej strony sceny na drugą, skakać i jeszcze grać na gitarze i czysto śpiewać) jak i pod nią. I już pod koniec pierwszego utworu jeden z widzów został zaproszony na scenę, aby odśpiewać fragment piosenki. Powtórzyło się to jeszcze raz podczas „Longview” oraz coverze Operation Ivy „Knowledge”. W tym ostatnim utworze wyłowiony spośród publiczności człowiek grał na gitarze Billie Joego. A jak skończyli grać… dostał tą gitarę na pamiątkę!

Gdy wokalista zauważał, że publiczność zaczyna się ociągać w zabawie, od razu zachęcał wszystkich do wspólnego śpiewania i krzyczenia. Śpiewanie za wokalistą „heyyy-o” powtarzało się mniej-więcej co pięć minut. Dlatego jakby stworzyć sobie setlistę z zagranych utworów, to wersje studyjne trwały by około półtorej godziny, ale te wszystkie zabawy przedłużyły granie do prawie równych dwóch i pół godziny. To już jest bardzo solidny wynik.

Dużo było politykowania. W końcu „American Idiot” powstała w ramach protestu przeciwko polityce George’a W. Busha, a krakowski koncert odbył się zaledwie dzień po inauguracji kolejnego republikańskiego prezydenta, do którego też cały zespół ma dużo zastrzeżeń (delikatnie mówiąc). Skandowanie przez Polaków „not my president” wydało mi się cokolwiek dziwne i nie na miejscu, ale wiwaty na cześć próśb o brak wszelkich „-izmów” (główny nacisk położony był na seksizm, rasizm i faszyzm) były zrozumiała. Cóż, Telewizja Polska by ich nie pokazała… Nawet pomijając fakt, że ze cztery razy na scenie dumnie powiewała polska flaga rzucona tam przez publiczność.

Zestaw utworów był bardzo przekrojowy – na początek hiciory („Know Your Enemy”, „Holiday”, „Boulevard of Broken Dreams”), później był dość długi set złożony z klasycznych utworów, który trochę mnie wynudził, bo słabo je znam. Wolałbym na to miejsce trochę więcej piodenek z „21st Century Breakdown”, ale ich brak kompletnie mi nie przeszkadzał w zabawie. Z obecnie promowanej płyty zagrali to, co najlepsze i najważniejsze („Bang Bang”, „Revolution Radio”, „Youngblood”, „Forever Now”, „Still Breathing” i „Ordinary World”), a najwięcej czasu poświęcili oczywiście „American Idiot”. I tylko można mieć delikatny niedosyt, że koncert zakończył się cichutkim akustycznym wyciszeniem, w czasie którego Billie Joe, samotny na scenie, zagrał na akustyku „Ordinary World” i „Good Riddance (Time of Your Life)”. Po mojemu solidne uderzenie energią sprawdziłoby się lepiej. Ale było konfetti ;P

Dwa razy byłem na Black Sabbath i nie udało mi się zaliczyć polania wodą ze słynnego wiadra. Ale na Green Dayu wodą ze szlaucha zostałem poczęstowany dość obficie, czego się absolutnie nie spodziewałem. Tak samo jak dużej ilości pirotechniki. Petardy, ogień, fajerwerki i deszcz zimnych ogni – to wszystko nie tylko jak widać na Rammsteinie i Metallice.

Ja bawiłem się fantastycznie. Koncert się nie sprzedał w 100%, choć trzeba przyznać, że było dość drogo (a w zasadzie „współczesne”). Chyba nikt nie wyszedł niepocieszony, choć ja mam delikatne uwagi co do dźwięku – pod samą sceną trochę dudniło i nie było słychać wokalu, ale troszkę bardziej z tyłu było czyściuteńko. Jestem bardziej zadowolony, niż się spodziewałem, miałem ogromną radochę skacząc i krzycząc podczas tej imprezy. Świetne koncertowe rozpoczęcie roku.