Guardians of the Galaxy, czyli jak Marvel konwencją się bawi

Pierwsze primo – przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę się odpowiednio przygotować. Więc wszyscy potulnie odpalają muzykę:

i z radosnym Uga-chaka w uszach przystępują do czytania. Ważne, bo w przypadku tego filmu trzeba przyjąć odpowiednią konwencję i złapać właściwy klimat.

Drugie primo – będę starał z całych sił, ale nie obiecuję, że całość będzie absolutnie bezspojlerowa. Coś mi się może wymknąć i proszę nie mieć o to pretensji. Ostrzegałem. Zaczynamy więc.   guardians-of-the-galaxy-53ce444be1141 Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…

No jednak nie, ale blisko. Marvel z żelazną konsekwencją realizuje swoje plany podboju serc geeków-kinomaniaków. Tym razem niepostrzeżenie (bo wytaczając, wydawałoby się niewielkie, stojące w trzecim albo czwartym rzędzie działa) zaatakował w kierunku bardzo ryzykownym, bo prosto w siedzących jak na szpilkach w oczekiwaniu na rezultaty pracy J.J. Abramsa fanów Gwiezdnych Wojen, opracowując klasyczną space-operę. I Marvelowi wyszedł film, który chyba jest najlepszym blockbusterem tego roku. Przynajmniej do tej pory.

Mamy więc Petera Quilla, kosmicznego złodziejaszka, pochodzącego z Ziemi, zabranego z niej w dość niepokojącym momencie swojego życia, który trudni się poszukiwaniem skarbów (nie wdając się w szczegóły). Poznajemy go pod koniec jednej z fuch, która polega na znalezieniu artefaktu oraz sprzedaniu go kupcowi, który ma już na ten artefakt zlecenie. Nie tylko on ma chrapkę na ten przedmiot, więc zderza się (to jest najbardziej trafne określenie, trust me) z łowcami nagród Rocketem, będącym zmutowanym szopem praczem, oraz jego towarzyszem Grootem, który jest entem. Drzewcem znaczy się. I mówi tylko trzy słowa („I am Groot”). Oprócz tego naszego awanturnika szuka (i znajduje) wysłannik głownego złego całej przygody – Gamora. Zielonoskóra kobieta. Po chłodnym zapoznaniu się wpadają jeszcze na prostolinijnego, nierozumiejącego ani jednej metafory, aczkolwiek wygłąszającego swoje kwestie absurdalnie kwiecistym językiem osiłka Draxa. Cała piątka koniec końców musi zjednoczyć się, aby stanąć w szranki ze złym, zakapturzonym oraz okrutnym Ronanem. To tak z grubsza. Fabuła nie jest tutaj njaważniejszą rzeczą – trzyma się w miarę kupy, a nawet jak posiada ogromne dziury, to i tak nie zwraca się na nie uwagi. Bo nie tym ten film kupuje widza.

urlPrzede wszystkim humor. Tutaj każda scena zawiera jakiś żart, najczęściej słowny, który przykrywa wszystko, co mogło się w niej nie zgadzać, albo nie podobać. Często jest przepięknie autoironicznie (jak podczas standardowej patetycznej przemowy, której rezultatów Rocket nie jest fanem, jednak daje się przekonać, po czym mówi „Ok, wstałem. Teraz stoi sobie pięiu idiotów w kólku i na siebie patrzy” . Or something like that. Powiedziane głosem Bradleya Coopera, uwierzcie mi, jest śmieszne). Co się może podobać, albo niekoniecznie, to nawiązania do raz powiedzianych żatów w dalszej części filmu („Footloose”). Finałowa konfrontacja poziomem absurdalnego humoru może być nawet traktowana jako puszczenie oka do fanów Monty Pythonów (zachowując oczywiście wszelkie proporcje).

Druga rzecz – nawiązania popkulturalne. Często podchwytliwe i nieoczywiste (scena początkowa bardzo przypomina scenę podmiany skarbu na worek z piaskiem w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”), wymagające wiedzy (Pollock), ale zawsze fajne (nawiązanie do fresku „Stworzenie Świata” Michała Anioła czy, już jawne i wprost, do „Footloose”. Generalnie Kevin Bacon ma w tym filmie „potencjał memetyczny”). Jedną wielką kopanią dowcipów sytuacyjnych jest Groot, który jest Chewbaccą. Chewbacca tylko ryczał, Groot mówi te trzy słowa, ale rolę ma dokładnie taką samą. I w ten sam sposób wykorzystywaną („wiem, że to więcej niż 11%…”). Groot jest oprócz tego fantastycznie animowany i gra miną i gestami. Gra tak, że momentami zawłaszcza sobie całe show.

guardians-galaxy-1-103552Trzecia rzecz – właśnie postaci. Każdy jest śmieszny, aale na swój indywidualny sposób (ok. Gamora najmniej, ale ona ma świecić częściami ciała ;)). Każda jednocześnie ma jakiś mroczny etap w swoim życiu, który jest bardzo mocno w tym filmie zarysowany, tak więc nie patrzy się na nich jak na plastikowe figury wygłaszające swoje kwestie, tylko jak rzeczywistych bohaterów, których można polubić (częściej) lub znienawidzić (bo potrafią być wkurzający. Każde z nich). Peter jak i Rocket robią za Hana Solo, w sumie nie wiem których z nich bardziej. Każda z postaci jest z innej bajki – Peter luzacki, Rocket – skoncentrowany na celu i pragmtyczny, Drax – żądny zemsty, prostolinijny osiłek, Gamora – tajemnicza, trochę wyniosła, Groot dobroduszny. Tylko Ronan jako nemezis całej galaktyki jest taki se – niby patetyczny, niby zakapturzony, niby mówi bardzo niskim głosem, niby bardzo okrutny, ale jakoś nie czuć tej potęgi niby za nim stojącej. Moze za mało ma czasu na ekranie, nie wiem. Lee Pace lepiej sprawdził się jako Thranduil w Hobbicie. Aktorsko jest bardzo dobrze. Chris Pratt jako aktor głównie komediowy świetnie pasuje do takiej roli, Rocket dubbingowany przez Bradleya Coopera jest fantastyczny i tutaj akurat dubingujący aktor rzeczywiście coś od siebie wrzucił, w przeciwieństwie do tak chwalonego Vina Diesela, którego „I am Groot” robi dla filmu dużo mniej, niż praca animatorów odpowiedzialnych za ruchy i gesty Groota. Gamorę gra Zoey Saldana, która grałą też w Avatarze, więc chyba zaczyna wpadać w szufladę „aktorka od filmów sci-fi, w których gra kolorowych człekokształtnych).

No i czwarta rzecz – muzyka. Dokłądnie ta, którą (mamj nadzieję) w tej chwili słuchacie. Pop-rock z lat 70-tych i 80-tych. Jest to w zasadzie koljeny bohater tego filmu, bo kaseta z tymi przebojami jest dla Peterea bardzo, bardzo ważna i zrobi dla niej dużo, ale utwory z tejże pojawiają się w tym filmie bardzo często i już otwierająca scena z podłożonym „Hooked on a Feeling” daje przedsmak tego, co ten film oferuje cały czas. Muzyka jest podłożona fenomenalnie i buduje trochę vintage klimat całości.

Na ten klimat składają się też obrazki. Galaktyka w tym filmie jest bardzo kolorowa. Postaci mają bardzo różne kolory skóry i szkoda, że prawie wszyscy są humanoidalni i różnią się tylko tym kolorem skóry. Już w latach 70-tych Lucas pokazał jak Kosmos może być różnorodny… Ale feeria barw bardzo ejtisowa, co w połączeniu z muzyką daje kapitalne rezultaty. Wszystko jest bardzo kolorowe i radosne.

Guardians-of-the-Galaxy-Trailer-Groot-Rocket-Prison

Odlot Marvela z planety Ziemia dał fantastyczne rezultaty. Nie ma w tym filmie sztucznego napięcia i patosu, wręcz przeciwnie, wszelkie próby jego wrzucena są szybko neutralizowane ironicznym humorem. Oczywiście można sięzawsze czepiać, że prawa fizyki traktowane są przez scenarzystów jako ogólne wskazówki a nie twarte reguły, ale tak naprawdę nie myśli się o tym patrząc na te obrazki, bo wszystko, co się dzieje dookoła tak pochłania widza, że ten przestaje zwracać uwagę na detale, tylko radośnie daje się wciągnąć w przygodę, która jest najbliższym Gwiezdnym Wojnom doświadczeniem od bardzo dawna, chyba nawet od czasów Gwiezdnych Wojen. I absolutnie nie można traktować tego stwierdzenia jako zarzut – przeciwnie, to jest chyba największe wyróżnienie, jakie przychodzi mi do głowy dla filmu science-fiction, który ma być „na luzie”.

9 as fuck. Z wielgachnym plusem.

BTW – „Hooked on a Feeling” pojawia się już w scenie otwierającej całe widowisko, ale bez tego „Uga-chaka”, więc tego utworu nie poznałem (wstyd). A znam go z beznadziejnego covera zrobieonego przez Davida Hasselhoffa (tego Hasselhoffa), który ma tak beznadziejny teledysk, że aż go nie podrzuce, tylko sami go sobie znajdźcie, ale robicie to na własną odpowiedzialność 😉

Guardians-of-the-Galaxy-guardians-of-the-galaxy-37351215-1920-1080