Heavy metal a nie efekciarstwo. Judas Priest, Łódź, Atlas Arena, 27.06.2015

Judas Priest młodzi już nie są.  Grają heavy metal od ponad czterdziestu lat, więc póki jest okazja, żeby ich zobaczyć na żywo, to warto ją wykorzystać, bo nie wiadomo jak długo jeszcze będą w stanie tak grać, ze szczególnym naciskiem na wokalistę, Roba Halforda, którego partie potrafią sięgać bardzo wysokich rejestrów.

Przed brytyjską legendą wystąpili Amerykanie z Five Finger Death Punch. Grają coś co nazywam nowoczesnym typowo amerykańskim metalem. Melodyjne refreny, growlowane albo wykrzykiwane zwrotki, technicznie skomplikowane solówki. Grupa tak grających kapel jest silna – Asking Alexandria, Bring Me the Horizon czy Avenged Sevenfold – oczywiście są pomiędzy nimi pewne różnice – niektórzy grają bardziej metalcore’owo, niektórym bliżej do klasyki heavy metalu, ale patenty mają podobne. Five Finger wśród nich jest gdzieś pośrodku i zdecydowanie działa to na ich korzyść – nie jest to kopiowanie klasyków, ani żaden szalony metalcore. Wyglądem też wpasowują się w podobne klimaty – szerokie hokejowe koszulki kiedyś zakładane przez nu-metalowców, kolorowe włosy, świecące gitary, perkusista ucharakteryzowany na kościotrupa… Słucha się tego z przyjemnością, refreny można łatwo podchwycić i śpiewać wspólnie z kapelą. Do tego dochodzi dobry kontakt z publicznością i jako support sprawdzają się fantastycznie. Nie mam się do czego przyczepić. Nawet nagłośnieni byli bardzo dobrze.

Jednak nie na Five Finger Death Punch przyjechało do Łodzi ładne kilka, może kilkanaście tysięcy ludzi. Po zejściu Amerykanów scenę zasłoniła kurtyna z logo Judas Priest. Przed jej opuszczeniem z głośników wybrzmiał przebój Black Sabbath „War Pigs” chórem wyśpiewany przez całą halę. A następnie do lotu wzbił się „Dragonaut„. Judas Priest to jest bardzo klasyczny heavy metal. Skóry, ćwieki, łańcuchy, gitary o kształtach gibsonowskich Flying-V i Explorerów. Scena prezentowała się wręcz ascetycznie – duży ekran za plecami zespołu, perkusja na podwyższeniu, które też było telebimem i to w zasadzie wszystko. Liczył się heavy metal a nie efekciarstwo.

Setlista nie była przeciążona materiałem z najnowszej płyty. Na 15 numerów tylko trzy pochodziły z aktualnie promowanego „Redeemer of Souls„. Dużo było podróży w przeszłość. Mające zaledwie kilka czy kilkanaście lat „Nostradamus” czy „Angel of Retribution” nie miały żadnego reprezentanta, za to pojawił się „Victim of Change” z „Sad Wings of Destiny„. Największych hiciorów zabraknąć nie mogło. Był „Hell Bent for Leather„, „You’ve Got Another thing Comin‚” czy wyśpiewany przez publiczność prawie w całości „Livng After Midnight„. Na pytanie o to, jaki utwór wszyscy chcięliby usłyszeć, zadane przez perkusistę – Scotta Travisa, cała hala, zgodnie z przewidywaniami odkrzyknęła, że „Painkller„. Ten więc odsunął sobie mikrofon i zaczął grać najlepsze intro perkusyjne w historii heavy metalu. Dla samego „Painkillera” warto było być w tę sobotę w Łodzi.

Halford to nie Bruce Dickinson. On nie biega z jednego końca sceny na drugi, nie skacze po dekoracjach. On majestatycznie kroczy po scenie. Z godnością przetacza się od jej jednego końca do drugiego. Ale jak zakrzyczy i przejdzie na swoje wysokie rejestry, to ciary przechodzą przez plecy. I widać, że ‚Painkiller” trochę go męczy, ale i tak śpiewa go z taką siłą, że niewielu dałoby mu radę.

Jedynym pozamuzycznym urozmaiceniem koncertu był triumfalny wjazd Halforda na scenę na harleyu przed „Hell Bent for Leather„. To z resztą jest ich stały numer. Nie było żadnej pirotechniki, nie było żadnego konfetti. Liczyła się tylko muzyka.

I tutaj można by było zakończyć relację, podsumowując, że było fantastycznie i oby tak dalej, ale kilka rzeczy tym razem nie zagrało. Po pierwsze, z niewiadomych powodów skrócili setlistę o dwa utwory. wycięli ze środka swojego stałego zestawu „Love Bites” i „March of the Damned„. Drugiego mi nie szkoda, ale na pierwszy się bardzo napaliłem i było mi bardzo przykro, że „Love Bites” nie zagrali :(. Przez tą dziurę poczułem straszny niedosyt, gdy koncert o 22:30, po niewiele ponad półtorej godziny gry się skończył. Liczyłem na trochę więcej jednak. Po raz pierwszy też będę narzekał na nagłośnienie w Atlas Arenie. Tam nigdy nie było problemów, mimo, że np. na Black Sabbath było chyba nawet głośniej. Gitary się zlewały w jedno, a Halforda na początku nie było słychać wcale. Później się trochę poprawiło (odniosłem wrażenie, że w okolicach czwartego czy piątego utworu ktoś po prostu przełączył jakiś guzik i nagle zrobiło się głośniej), ale selektywności nie było do końca. Halforda nagłośnić trudno, bo mówi cicho, śpiewa delikatnie, aby po chwili zapiszczeć z całej siły, ale żeby wcale go na „Dragonaut” nie było słychać? Dramat.

Pomimo tych kilku wpadek koncert uważam jednak za w miarę udany. „Painkiller” był, inne ich wielkie hity też i kolejną wielką gwiazdę metalu mam odhaczoną. Nie zacząłem ich jednak aż tak ubóstwiać, aby jeździć na każdy ich występ w Polsce, dlatego grudniową imprezę w Gdańsku sobie odpuszczę.