House of Cards, sezon 4

[Tekst zawiera spojlery do trzech poprzednich sezonów! Co do czwartego to starałem się pisać tak, aby napisać to, co chcę, nie zdradzając w prost o co mi chodzi.]

Frank i Claire Underwood powrócili na 13 kolejnych odcinków. Poprzedni sezon zostawił wszystkich widzów z ogromnym cligffhanerem, którego pokłosie jest osią pierwszej części czwartego sezonu. Po mojemu jest lepiej niż w sezonie trzecim, ale akcja musi się rozpędzić.

Czwarty sezon „House of Cards” rozpoczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym skończył się sezon poprzedni. Claire odjeżdża, a Frank zostaje sam z kampanią przedwyborczą, co oczywiście szybko zaczyna wpływać na jego i tak już bardzo słabe sondaże. Na początku sezonu ważniejsza od samego Franka jest Claire. Poznajemy lepiej jej przeszłość oraz jej ambicje, których bycie Pierwszą Damą nie są w stanie zaspokoić. Jak bardzo na miejscu są jej pretensje widać w trakcie szczytu G8, w czasie którego ma miejsce chyba najlepszy dialog w całym sezonie.

Na początku sezonu wątek Franka i jego kampanii jest zadziwiająco mało ważny, a po kluczowym zwrocie akcji rola Franka staje się na dobrą sprawę epizodyczna. A te momenty, w których serial skupia się na Franku są tak bardzo słabe i ani trochę nie pasują do klimatu serialu. Lepiej by było,  gdyby ich nie było.

house-of-cards-season-4-970-80

I tak przez pół czwartego sezonu „House of Cards” oglądamy bezpośrednią kontynuację trzeciego sezonu. Za to mniej-więcej w okolicach siódmego odcinka w rodzinie Underwoodów następuje zawieszenie broni i serial strukturą wraca do swoich korzeni. Jest dużo Franka, jeszcze więcej polityki i wraca burzenie czwartej ściany. Serial nabiera tempa i robi się bardzo ciekawy.

W tej drugiej części sezonu poznajemy kandydata Republikanów na Prezydenta USA, ewentualnego rywala Underwooda (o ile otrzyma nominację partyjną) w wyścigu o prezydenturę. I to jest z jednej strony postać niesamowicie ciekawa, z drugiej – tak bardzo nie pasująca do obrazu Republikanów, jaki serwuje nam rzeczywistość, jak to tylko możliwe. Will Conway jest gubernatorem Nowego Jorku (już samo to jest dziwne, co z resztą serial zauważa), jest młody, wygadany, bardzo rozsądny i swoją kampanię prowadzi bardzo nowocześnie. Prowadzi transmisje „na żywo” ze swojego rodzinnego domu, strzela sobie selfiki i wrzuca je na serwisy społecznościowe. Facet jak z obrazka, na dodatek ze zjawiskowo piękną żoną. I dwójką dzieci. Rodzina idealna. Kandydat idealny. Na jego tle Underwood wygląda jak eksponat muzealny, ale doświadczenie pozwala mu świetnie grać z młodym rywalem. Wątek Conwaya jest bardzo ważny z jeszcze jednego powodu -dotyka problemu inwigilacji. Kandydat Republikanów przyjaźni się z twórcą wyszukiwarki internetowej i ma dostęp do wszelkich danych dotyczących swoich wyborców. Pozwala mu to idealnie wpisywać się w nastroje społeczne i odpowiadać na problemy zanim te tak na prawdę zostaną wypowiedziane na głos.

maxresdefault

Dziwną rolę ma napisaną Doug Stamper. Pitbull Underwooda do tej pory robił absolutnie wszystko, aby pomóc swojemu pracodawcy (patrz zakończenie wątku Rachel w trzecim sezonie), ale teraz zaczyna mieć ogromne wyrzuty sumienia i to w sytuacji, która nie powinna go ruszyć. Ten wątek na początku jest w porządku, ale rozwija się w strasznie dziwny, niepodobny do Douga sposób. Teoretycznie wydarzenia, które doprowadziły go do takiego stanu mogły mieć na niego wpływ, ale chyba nie tak duży, aby zaczął się on zachowywać kompletnie inaczej niż do tej pory.

A koniec sezonu wgniata w fotel wątkiem zakurzonej już postaci Toma Hammerschmidta, dziennikarza, który kiedyś pracował w Białym Domu. To, co wyprawia w ostatnich dwóch odcinkach w zasadzie wyjaśnia taki a nie inny tytuł serialu. Teraz dopiero wiadomo, dlaczego ten serial nazywa się „Domek z Kart”. Aż się nie mogę doczekać już zapowiedzianego sezonu piątego.

Czwarty sezon „House of Cards” to tak na prawdę dwa kompletnie różne seriale. Najpierw dostajemy bardzo intymny wątek problemów rodzinnych Underwoodów i pryncypiów, którymi kierują się Frank i Claire. W drugiej części sezonu serial wraca do swoich korzeni. I jak już to robi, to z bardzo dobrego staje się znowu fantastyczny. Aż się nie mogę doczekać kolejnego sezonu, pomimo, że magia liczb nakazywałaby zakończyć go już teraz (cztery serie po trzynaście odcinków tak jak cztery kolory kart w talii,  każdy składający się z trzynastu kart). Chociaż może ten piąty sezon to będą tylko cztery odcinki – jokery?