Imitations of rebellion. Linkin Park, Rybnik 25.08.2015

Pierwszy koncert jako headliner LinkinPark w Polsce zagrali niewiele ponad trzy lata temu, dzień po rozpoczęciu Euro 2012, na stadionie Legii w Warszawie. Wcześniej, w 2007 co-headline’owali koncert Pearl Jam na stadionie Śląskim (brawa za połączenie). Najwyraźniej jednak zespół zobaczył, że fanów w Polsce ma dużo i można by wpadać do nas troszkę częściej. Z tej przyczyny zaczęli chyba troszeczkę przeginać w drugą stronę, bo w ciągu tych trzech lat był to trzeci koncert Linkin Park na polskiej ziemi. Ale patrząc po frekwencji oraz reakcji fanów – chyba nikt nie ma dość.

Jak bardzo bym się nie starał, nie ucieknę od porównań do zeszłorocznego koncertu we Wrocławiu. Choćby z tego powodu, że tamten też był częścią „The Hunting Party World Tour”, ale taką troszkę oszukaną częścią, bo miał on miejsce jeszcze przed premierą promowanego albumu. „Dzięki” temu promocja nowej płyty została ograniczona tylko do opublikowanych wcześniej singli. Teraz mogli zagrać cokolwiek. Nie skupili się jednak bardzo mocno na promocji mającego już rok „The Hunting Party„, bo z tego krążka pochodziły zaledwie cztery utwory: „Rebellion”, „A Line in the Sand”, „Wastelands” i „Final Masquerade”. Czyli powtórzył się zaledwie jeden. Super. Jeżeli o mnie chodzi, to mogliby ten album grać w całości i byłbym zadowolony, ale usłyszałem to co chciałem, czyli „Rebellion” oraz przede wszystkim „Final Masquerade”, więc jestem zadowolony.

A poza tym to zagrali zestaw „the best of…”, choć oczywiście trzeba było się ograniczać, bo przez te dwadzieścia mniej-więcej lat nagrali tyle hitów, że spokojnie starczyłoby na dwa razy dłuższy koncert. Początek na wymęczenie fanów – „Papercut”, „Given Up”, „Rebellion” i „Points of Authority”, następnie jedno zdanie powitania i „One Step Closer”. Dopiero wspomniany wcześniej „A Line in the Sand” dał chwilę wytchnienia, ale tylko fragmentami, bo te zmiany tempa i przyspieszenie na koniec również zmusiły widzów do szaleństwa.

We Wrocławiu starali się zagrać wszystko i zmieścić w niecałych dwóch godzinach. W Rybniku większość utworów została zagrana w całości, bez zbędnych przycięć. Skrócony został „Runaway”, który po pierwszym refrenie płynnie przeszedł w „Wastelands” (kapitalny motyw). Trzy ballady zostały połączone w jedną suitę („Leave Out All the Rest” „Shadow of the Day” – „Iridescent”). No i jeszcze nowy utwór Steve’ego Aoki („Darker than Blood”) został tylko wspomniany, okrojony z całej dyskoteki i zaaranżowany na fortepian i głos Chestera (i trwał może minutę). Co do dyskoteki, to na tym koncercie dali sobie z nią spokój. Był wprawdzie solowy set Joe Hahna, ale skończył się zanim tak na dobrą sprawę się rozpędził. Do tego bardzo ciekawa wersja „Castle of Glass” – pierwsza zwrotka i refren jak w wersji studyjnej, dopiero druga połowa zremiksowana i wtedy na płycie rozkręciła się prawdziwie klubowa impreza. Ale żadnego „Catalysta” nie było. Z „A Thousand Suns” był tylko „Robot Boy” (co oni mają z tym przerywnikiem, że się od paru lat łapie na każdy ich koncert?) i „Waiting for the End”, który tych elektronicznych elementów ma bardzo mało.

Część rapowaną Mike Shinoda poświęcił na promocję swojego pobocznego projektu Fort Minor i zaprezentował „Remember the Name” oraz nowość – „Welcome”.

Oprócz tego obowiązkowe standardy – „Numb”, „In the End”, wydłużone „Bleed It Out”, „Faint”. W porównaniu z Wrocławiem więcej nowości i „Meteory”, więcej utworów zagranych w całości, trochę mniej „Hybrid Theory” oraz retoryczne pytanie „to my graliśmy elektronikę?”. I po raz kolejny nasuwa się pytanie – jakim cudem „New Divide” trzeba szukać tylko na singlu promującym ktoreś „Transformersy”, skoro jest to jeden z najlepszych ich utworów ever (choć z tych popowych).

Każdy może sobie także dołożyć swój zestaw tego, czego szkoda, że nie zagrali. U mnie byłyby to „A Place for My Head” (świetne w Warszawie), „The Catalyst” (ta dyskoteka jest super) i „Burning in the Skies” (mam dziwną słabość do tej ballady). Ale w żadnym razie nie można narzekać na zestaw zagranych utworów, bo zabawa i krzyk były przez cały czas (i przy „Bleed It Out” moje gardło zaczęło wysiadać dokumentnie).

Bezpośrednio przed Linkin Park zagrali Amerykanie z The Last Internationale. Fajna, trochę retro muzyka, klasyczny hard rock. Wolfmother tak gra – trochę zeppelinowo, trochę purplowo. Gitarzysta, perkusista i śpiewająca basistka. Fajne, ale ludzi nie porwało, mimo starań wokalistki. Nie te klimaty. Ale ja ich mam na uwadze, bo grają przyjemnie i ciekawie. Ale szkoda, że zespół głosi wolnościowe hasła, a publiczność odpowiada ciszą.

Jeszcze wcześniej był polski My Riot, czyli ostatni projekt Glacy ze Sweet Noise. Mam słabość do ich płyty, więc mi się podobało. Glaca skakał po scenie, a nawet wbił się w pogo przed sceną. Dobre piosenki, dobry image, występ potraktowany serio i ludzie się bawili. Podobało mi się.

Mój trzeci koncert Linkinów. Na pierwszy jechałem z sentymentu (za 110 złotych to w obecnych realiach półdarmo) i nie podziewałem się, że mi się tak strasznie spodoba (ale wtedy pojechali wspomnieniową setlistą, skupiając się na dwóch pierwszych albmach, więc było meega!). Na drugi jechałem żyjąc jeszcze wspomnieniami z pierwszego, oraz z pewnymi założeniami, więc się troszkę rozczarowałem (ale i tak było dobrze – tyle, że liczyłem niestety, że będzie wybitnie). Ten tegoroczny był po prostu kolejnym koncertem i znowu się fantastycznie bawiłem, lepiej niż we Wrocławiu, ale jechałem bez żadnych oczekiwań. Ale jakby mieli grać za rok, to sobie chyba odpuszczę. No chyba, że przedstawią nową muzykę, która mnie zachwyci.

Trafiłem z resztą na dobre miejsce na płycie – w końcu byłem bardzo blisko zespołu. I nie byłem, jak we Wrocławiu, jedynym wykrzykującym wszystkie słowa – dookoła mnie sami zdeklarowani fani kapeli i znali absolutnie wszystko, więc atmosfera była wyśmienita. Nawet się udało rozkręcić pogo! (choć celem tego pogo było wbicie się bliżej sceny…).

Miałem napisać, że kto nie był, ten trąba, ale ze mnie jest jeszcze większa, bo nie byłem na AC/DC, więc się wyrównuje 😛

I na koniec parę wniosków z koncertu:

  • dużo lepiej człowiek się bawi na imprezie, na której zna większość utworów. Lub ewentualnie ja się lepiej bawię na koncercie, na którym mogę sobie powrzeszczeć.
  • Jeżeli wszyscy mają takie podejście jak w punkcie powyższym, to nie licz, że na początku koncert słyszysz zespół (serio – słyszałem tylko tłum i jakieś strzępki instrumentów. Brawo ludzie!)
  • Jeżeli wejście na płytę jest z jednej strony, to koniecznie trzeba iść na przeciwległy koniec stadionu. Na pewno będzie miejsce bliżej sceny. Dłuższy czas wyjścia po koncercie nie może być traktowany jako wada.