Impact Festival, Dzień 1: Linkin Park, Kraków 15.06.2017

 

Po rocznej nieobecności powrócił Impact Festival. Po raz kolejny zmieniła się formuła, po raz kolejny zmieniła się też lokalizacja. Po dwóch edycjach warszawskich, oraz dwóch łódzkich impreza odwiedziła Kraków. Główną gwiazdą pierwszego dnia był Linkin Park, a publiczność rozgrzewali wcześniej wystąpili Krzysztof Zalewski oraz Machine Gun Kelly.

Pierwsze co się nasuwa, to mała festiwalowość tego festiwalu. Trzy koncerty każdego dnia, rozpoczynające się po 18:00. Dwa festiwalowe dni rozdzielone dniem przerwy. Żadnych imprez towarzyszących – nawet foodtrucków nie było. Najwyraźniej rozmach z 2013 roku się już nie powtórzy. A nawet jak się powtórzy, to marka już jest według mnie trochę spalona.

Nomenklatura nomenklaturą, ale koncerty się odbyły. Pierwszy dzień grania rozpoczął Krzysztof Zalewski (występujący pod pseudonimem artystycznym Zalef). I rola przypadła mu dość niewdzięczna, bo pozostali dwaj artyści na dobrą sprawę pochodzą z jednej bajki, a polski rodzynek w line-upie trochę stylistycznie odstawał. Ale swoje 45 minut zagrał, nawet zachęcił ludzi do klaskania, więc najgorzej nie było. Ja jednak nie zapamiętałem nic z tego koncertu.

Z Machine Gun Kelly historia jest już nieco inna. Niby gość jest raperem, ale zagrał z pełnym zespołem i to tak, że można było poczuć się jak po podróży w czasie 15 lat wstecz – w czasy pierwszych płyt Linkin Park czy sukcesów Limp Bizkit. Czyli po prostu w złotą erę nu-metalu. Najnowszy album nie sugerował tak bliskiej fanom Linkin Park rozrywki, bo w wersji studyjnej piosenki ograniczają się do rapowania do prostych, elektronicznych podkładów. Na koncercie był zaś czad i dużo gitarowych solówek (kapitalny gitarzysta). Świetna przystawka przed daniem głównym.

Linkini przyjechali promować swoją najnowszą, bardzo kontrowersyjną płytę. Z niej też zagrali najwięcej utworów. Nie ograniczyli się oczywiście tylko do grania popu, ale podczas koncertu wrócili też do swoich starych, dobrych przebojów. Z „One More Light” zagrali aż osiem piosenek. Większość sprawdziła się bardzo dobrze, a najlepiej chyba otwierający koncert „Talking to Myself”. Ale to jest akurat najbardziej rockowy kawałek na całym albumie, więc nie ma się co dziwić, że na koncercie sprawdził się wyśmienicie. Najsłabiej zaś wypadł, ku mojemu zdziwieniu, „Nobody Can Save Me” – brakło chyba jakiejś kulminacji, bo zrobiło się podczas tej piosenki strasznie monotonnie.
Najciekawiej podczas koncertu Linkin Park było na początku drugiej połowy imprezy. Najpierw Chester wyszedł do tłumu zaśpiewać „One More Light” będąc wtulonym do pierwszych rzędów widowni. Następnie zagrali „Crawling” zaaranżowane jako ballada tylko na pianino. Szokująco dobra zmiana.

Zaraz później było „Leave Out All the Rest”, tym razem w wersji mocniejszej, niż zwykle. Do ciekawszych momentów na pewno można zaliczyć „A Place for My Head”, którego do tej pory nie grali na tej trasie, a jak już zagrali, to od razu z prędkością huraganu (ta piosenka może być ćwiczeniem na dykcję już w wersji studyjnej, ale to co Mike zrobił w Krakowie to była jakaś olimpiada w rapowaniu).
Szkoda, że z repertuaru wypadła poprzednia, dla mnie wybitna, płyta – zostało tylko „Wastelands”. Za to wrócił „The Catalyst”, a po raz pierwszy w Polsce można było usłyszeć „Lost in the Echo” (na które w końcu się doczekałem). No i w końcu wydłużyli swoje koncerty – na pewno całość trwała dłużej niż dotychczasowe półtorej godziny.

Zespół wystąpił bez żadnego telebimu – jedyna dwa po bokach sceny zapewnił organizator. Zamiast wizualizacji były tylko efekty świetlne oraz spore zadymienie całej sceny, przez które straszliwie słabo wyszły mi zdjęcia (o ile w ogóle mogły wyjść z poziomu górnych trybun).

w 2012 roku Linkin Park pojawili się w Polsce po raz drugi, gdy pierwsza ich wizyta to był co-headlinowany koncert z Pearl Jam. tegoroczny koncert w Krakowie był ich piątym występem u nas. Najwyraźniej polubili naszą publiczność, a także Polacy cały czas chcą ich oglądać.

Najlepiej słucha się tych piosenek, które się dobrze zna, dlatego kolejny już mój koncert Linkin Park (ekhm, czwarty…) bawił mnie równie bardzo co ten pierwszy. A skoro bawiłem się dobrze, to nie ma co narzekać na nazywanie tego koncertu na siłę festiwalem.