Jak po raz trzeci sprzedać to samo i być za to wielbionym, na przykładzie Anathemy

W tym miejscu miałem okrutnie skrytykować „Distant Satellites” Anathemy. Miałem na swoje usprawiedliwienie powody, które jeszcze kilka dni temu dyskwalifikowały w moich oczach tą płytę jako opcję do słuchania. W razie nagłej ochoty na Anathemę miałem proponować poprzedni album. Albo jeszcze wcześniejszy.

Ale nagle się wszystko zmieniło.

Na początku rzeczone wady tej płyty. Są dwie.

Primo, zespół po raz trzeci z rzędu nagrał taką samą płytę. Początek jest wręcz autoplagiatem „Weather Systems” – na start dwuczęściowy utwór, którego pierwsza część rozpędza się powoli, po czym kończy rockowym wybuchem. Śpiewa głównie Vincent Cavanagh. Druga część, na płycie jako osobna ścieżka, jest fortepianowa, delikatna, z Lee Douglas na wokalu. Trzeci utwór znowu, spokojnie rozwijający się, ale im bliżej końca, tym bardziej patetyczny, z udziałem wszystkich wokalistów – analogicznie jak na „Weather Systems”. I tak można opisać cały album.

Secundo, są oczywiście zmiany w muzyce, ale są one bardzo delikatne i poszły w kierunku, który nie do końca mi się podoba. Coraz mniej w muzyce Anathemy gitar, a więcej fortepianowo-orkiestrowego zawodzenia („Firelight” modelowym przykładem). Ma to oczywiście swój urok i buduje trochę oniryczny, kosmiczny klimat, ale tego robi się coraz więcej, kosztem gitarowych solówek i części śpiewanych.

anathema

Co się zmieniło w mojej ocenie tego albumu?

Jak już się wszelkie uprzedzenia w stosunku do tej muzyki odstawi na bok i zacznie tej płyty słuchać na spokojnie, zapominając o swoich oczekiwaniach, to słucha się tego fantastycznie. Oczywiście wszelkie mankamenty muzyki Anathemy pozostały (w końcu zmieniło się niewiele), czyli gra na jedno kopyto i trochę autoplagiatów. Płyta nie jest krótka, ale na szczęście nie za długa (56 minut), bo w większej dawce taka estetyka zaczynałaby męczyć.

Całość nie jest jednak idealną kalką dwóch poprzednich albumów. Pojawiają się eksperymenty, oprócz oczywiście łagodzenia brzmienia. Zespół wtrąca coraz więcej motywów elektronicznych. Bardzo dużo jest loopów perkusyjnych (porównując oczywiście do poprzednich płyt zespołu). „You’re Not Alone” i przede wszystkim cała końcówka, z „Distant Satellites” na czele.

Utwór „Anathema” to mistrzowskie budowanie klimatu od pojedynczych dźwięków gitary, delikatnego wokalu po fantastyczną, patetyczną solówkę gitarową. Cały utwór powoli rozpędza się, aż do fenomenalnej, długiej kulminacji. I to jest właśnie najbardziej charakterystyczny motyw, który jest powtarzany przez cały album – delikatne wejście i powolne dodawanie kolejnych elementów, aż do wybuchu emocji. „Anathema” jest tego najjaśniejszym przykładem, ale na takiej strukturze oparty jest w zasadzie każdy utwór. Fajny jest też „Distant Satellites”, ze śliczną melodią, ale trochę (o dziwo) brakuje jeszcze mocniejszej kulminacji. Cała końcówka z resztą jest bardzo melancholijna, bardziej eksperymentalna, niż wcześniejsze utwory, co trochę rzutuje na odbiór całości, bo pamięta się te ostatnie, oniryczne utwory, trochę zapominając o mocniejszych uderzeniach, np. „Anathemie”.

ANATHEMA_0691_2014_credit_Scarlet_Page

Kompozycje trzymają oczywiście bardzo wysoki poziom. Mała dygresja tutaj. Po „A Natural Disaster” na nowy materiał trzeba było czekać siedem lat. Od 2010 roku zespół z zegarmistrzowską precyzją wydaje kolejne płyty co dwa lata. I są to rzeczy na bardzo wysokim poziomie. Bardzo do siebie podobne, ale świetne. Nie ma więc co narzekać, że „The Lost Song” to powielone „Untouchable”, bo i jeden i drugi utwór są fantastyczne. Wracając do muzyki. Przez te powolne wstępy, spokojne zakończenie całości albumu, coraz trudniej sklasyfikować tą muzykę jednoznacznie jako rock. Teraz Anathema gra właściwie melancholijny pop-rock, bez współczesnych elektronicznych udziwnień (choć delikatne inklinacje już zaczynają się pojawiać). I ten „pop” w nazwie gatunku nie jest w żaden sposób dewaluujący. Po prostu bliżej Anathemie w tej chwili do No Mana niż Porcupine Tree. Jednak mimo, że to pop, to nie wchodzi łatwo. Trzeba się osłuchać, przedrzeć przez momentami długaśne budowanie klimatu, a znajdzie się ogromną porcję emocji i pozytywnego patosu.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić tą płytę. Z jednej strony jest to najłagodniejszy obraz tego zespołu, jednak różnice pomiędzy „Distant Satellites” a poprzednimi płytami Anathemy są niewielkie. Z drugiej strony może to być dobry pomysł na zapoznanie się z twórczością braci Cavannagh, bo jest łagodnie i zawiera wszystko to, co dobre w Anathemie, ale chyba poleciłbym poprzednią płytę – „Weather Systems” ze względu na lepsze utwory. A może to tylko kwestia osłuchania się z nowym materiałem?

ANA-DS_400px

7/10 niech będzie. Za „Anathemę”.