Krew, pot, łzy i funk, czyli drugi sezon Danger 5

Raz się mogło człowiekowi udać. Ot, miał pomysł, znalazł aktorów, którzy go zrozumieli i zagrali tak, jak chciał. Jednak powtórzenie tego eksperymentu nie miało prawa zadziałać. Takie cuda udają się raz. A Dario Russo swój dziwny projekt zmienił, jednocześnie pozostając w konwencji i całkowicie ją wywracając, i stworzył drugi sezon „Danger 5”, który jest tak różny od pierwszego, jak to tylko możliwe, jednocześnie kontynuując swój pomysł na ten serial. Wyszło obłędnie.

d5

O ile pierwszy sezon był parodią seriali o agentach wywiadu produkowanych w latach 60-tych (ewentualnie bardzo budżetowych produkcji w stylu pierwszych Bondów) tak w drugim sezonie stylistyka zmieniła się całkowicie. Teraz „Danger 5” jest parodią produkcji z lat 80-tych. Podmiany doczekało się wszystko – od logo serialu, przez czołówkę, zachowanie postaci po tematykę poszczególnych odcinków, a nawet sposób pracy kamery, konstrukcji kadrów i ogólny klimat serialu.

Fabuła istnieje, ale jest w zasadzie pretekstem do pokazywania kolejnych nawiązań do lat 80-tych. Z grubsza rozchodzi się o to, że Hitler przeżył wojnę i żądza zemsty na całej ekipie Danger 5 znalazła swoje ujście wiele lat po wydarzeniach z pierwszego sezonu. Hitler zabił Colonela, a Danger 5, każdy zajęty swoimi sprawami, jednoczą się ponownie, aby w końcu zabić Adolfa „na śmierć”. Równocześnie Hitler szuka pewnej, wydawałoby się zwyczajnej amerykańskiej dziewczyny w sobie wiadomym tylko celu i zrobi wiele, aby ją znaleźć.

danger5-hitler

Tak jak wcześniej jednak wspomniałem, jest to tylko pretekst do tworzenia kolejnych dziwnych, absurdalnych, czasami przekraczających granice dobrego smaku scen, które czasami są żywcem wyjęte z kina i telewizji lat 80-tych. I rozpiętość tych nawiązań jest ogromna. Od szkolnych rozterek nastolatków po duszne, ciemne korytarze, najeżone pułapkami jak w „Obcym”. Od supersamochodu wyglądającego, jakby właśnie odjechał z planu”Nieustraszonego” („Knight Ridera”), po wagonik kolejki górskiej, który podróżuje w czasie, pozostawiając ogniste ślady jak DeLorean z „Back to the Future”. Są podróże w kosmosie i zombie. Są twardzi jak stal agenci FBI i siedzący na tronie w Moskwie Nikita Chruszczow. I są Power Rangersi. I elementy sitcomowe. I dinozaury! Strzelające z dział umieszczonych na ciężarówce! W ciągu niewiele ponad trzech godzin materiału klimat zmienia się co chwilę jak w kalejdoskopie i to jest największa różnica pomiędzy pierwszym a drugim sezonem – tam każdy odcinek był bardzo podobny do pozostałych, tutaj tych podobieństw jest mniej. W zasadzie każdy odcinek jest pastiszem innego gatunku filmowego popularnego 30 lat temu.

Dalej jednak całość wypełniona jest absurdalnym poczuciem humoru i specyficznym podejściem do efektów specjalnych. W dalszym ciągu wszystkie sceny z pojazdami tworzone są za pomocą zabawek i jest to eksponowane wręcz przesadnie. Podobnie jak kije przytrzymujące niektóre obiekty na scenie.
Absurd swoją drogą cały czas balansuje na granicy kiczu i dobrego smaku. Pojawia się Hitler z rekinem w ręku, zagryzającym młode dziewczyny, są też nazistowscy Reptilianie przejmujący władzę w Watykanie. Watykanie, który organizuje msze bożonarodzeniowe w konwencji telewizyjnej gali z tańcami i przerwami dla sponsorów. W Polsce by to bardzo nie przeszło. Ale jest na swój pokrętny sposób zabawne.

danger-5-things-Twitch-thumb-630xauto-50495

„Danger 5” w dalszym ciągu jest serialem dziwnym. Czasami ilość głupoty i absurdu wylewająca się z ekranu przekracza wszelkie granice, ale to wciąga. Te siedem odcinków po 25 minut każdy można obejrzeć w jeden wieczór. Warto szczególnie dla parodii reklam, które pojawiają się w trakcie napisów końcowych po każdym odcinku. TO, co się tam dzieje przechodzi najśmielsze oczekiwania.
Straszne gówno. Nie klei się w żaden sposób. Wyglądem i efektami właściwie odstrasza, a nie przyciąga. Polecam. Jakbym miał zachęcić bardziej, to dodałbym jeszcze: w pierwszym odcinku pojawiają się latające krewetki strzelające laserem z oczu. Serio serio.