La La Land

14 nominacji do Oscara® (wyrównany rekord). Murowany faworyt w najważniejszych kategoriach. Ogólny zachwyt wśród krytyków i widzów (ok, w mojej bańce internetowej aż takiego zachwytu nie ma). No trzeba było sprawdzić o co im wszystkim chodzi.

Więc na seans „La La Land” przybyłem, zobaczyłem, podobało mi się, ale się nie zachwyciłem w taki sposób, aby ciskać w ten film wszystkimi nagrodami. Fajnie się to ogląda, ale nie jest to film wybitny.

Jest bardzo retro. Już czołówka stylizowana na lata 60-te sugeruje, że będzie trochę staroświecko. Ale to nie wada – wręcz przeciwnie. Pierwsza część „La La Land” to typowy musical, w którym historia opowiadana jest za pomocą piosenek (co chyba przestraszyło część widzów na moim pokazie, bo po około 30 minutach od rozpoczęcia pokazu cztery osoby się z niego ulotniły). W czasach, gdy wszystko w kinie jest pokazywane w sposób jak najdokładniej oddający rzeczywistość, scena, w której rozmowa płynnie przechodzi w piosenkę z choreografią zawierającą stepowanie nie jest codziennością. A „La La Land” taką scenę ma. Ma też scenę, w której Ryan Gosling tańczy z Emmą Stone walca szybując w planetarium wśród gwiazd.

Później pomysł na film trochę się zmienia i kolejne piosenki są elementem fabuły (próba, a następnie koncert zespołu, przesłuchanie aktorki, czy wizyta w klubie jazzowym). Ale nawet w tej pierwszej części jest dużo dialogów mówionych (tak w kontrze do „Nędzników”, w których śpiewane było wszystko, co bardzo męczyło niewprawionego widza, takiego jak ja).

Fabuła jest sztampowa, nie licząc delikatnego twistu na sam koniec. Ten twist bardzo mi się z resztą spodobał, bo dzięki niemu przesłanie całości wcale nie jest takie słodko-hollywoodzkie. W gruncie rzeczy chodzi o to, że on che mieć klub jazzowy, ona chce zostać sławną aktorką, spotykają się trochę mimochodem, a uczucie powoli, ale skutecznie zaczyna kiełkować. Szybko jednak okazuje się, że realizacja tych marzeń będzie wymagać poświęceń z obu stron. Ze strony fabuły fajerwerków nie ma się co spodziewać.

Magicznie robi się dopiero, jak się na ten film patrzy. Już nawet nie chodzi o to, że grają tam Emma Stone i Ryan Gosling, ale o cudowne, kolorowe, momentami bajkowe wręcz zdjęcia. kolory sukienek, fiolet zachodzącego słońca, zieleń drzew – wyglądają jak namalowane. Bardzo pomysłowo zrealizowane są sceny dziejące się „wewnątrz” piosenek, które zamiast prezentować dalszy ciąg akcji, skupiają się na emocjach i przeżyciach bohaterów – scena walca w stanie nieważkości i inne psychodeliczne odjazdy, które bardzo dobrze „grają” i pasują do całości (wszak to film o marzeniach). Wtedy film staje się trochę bardziej teatralny, niż współcześnie filmowy, co ma swój urok. Ktoś musiał na to wszystko wpaść, więc wszelkie na grody za reżyserię i zdjęcia są według mnie jak najbardziej zasłużone.

W musicalach ważne są piosenki. Te w „La La Land” są dobre, ale mnie nie porwały. Główny motyw nuciłem sobie jeszcze chwilę po wyjściu z kina, ale szybko mi z głowy wyleciał i wcale nie wraca do niej co chwilę. Ale prawdę mówiąc, nie ma na co narzekać, bo nie są złe i w trakcie filmu wpadają w ucho.

Wszystkie moje zarzuty nie dotyczą bezpośrednio samego filmu, tylko otoczki, jaka się wokół niego wytworzyła. Whiplash tego samego reżysera pojawił się właściwie z nikąd i trzeba było sobie ten film samemu odkryć. O „La La Land” wszyscy dookoła mówią, więc na seans idzie się z jakimiś oczekiwaniami. Ja sobie sam napompowałem te oczekiwania tak bardzo, że film im nie sprostał. To nie znaczy jednak że jest słaby – bawiłem się bardzo dobrze.

Idźcie na „La La Land”. Nie powinniście żałować, a na pewno warto się przejść po to, aby wyrobić sobie zdanie. Jako weekendowy „czasoumilacz” powinien się sprawdzić tak czy inaczej, bo to ciepły, w większości bardzo optymistyczny film.