Lose those chains. David Gilmour – Rattle That Lock

Zapowiedź nowej płyty Davida Gilmoura była jednym z najważniejszych wydarzeń 2015 roku. Ostatni album gitarzysty Pink Floyd miał swoją premierę w 2006 roku. Z jednej strony – prawie 10 lat milczenia, z drugiej jednak – raczej nikt z wypiekami na twarzy na tą płytę nie czekał. Tak naprawdę wiadomo, że nie ma on szans nawiązać nie tylko do najlepszych płyt sprzed 40 lat, ale także do tych rzeczy mniej znaczących. Niemniej, jak już tylko zaczęły się szerzyć plotki o nowej płycie Gilmoura, to oczekiwania zaczęły rosnąć.

„Rattle That Lock” swoją premierę miała we wrześniu 2015 roku. I przyjęta została dokładnie tak, jak należało się tego spodziewać. Nie jest to dzieło na miarę Pink Floyd. Nie jest to dzieło, które miałoby cokolwiek zmienić, czy zapisać się w historii muzyki rockowej. Nie jest to też dzieło, które jest za co krytykować. Idealna płyta środka, która nie jest powodem do wstydu, ale nie znajdzie się w kanonie muzyki Gilmoura.

Zaczyna się wręcz identycznie jak dziesięcioletnia już „On an Island” powolnymi, rozleniwionymi dźwiękami gitary, które tutaj akurat kończą się zbyt szybko. Słuchając „5 A.M.” można wpaść w delikatną panikę, że Gilmour zaczyna się autoplagiatować. Drugi utwór, „Rattle That Lock” na szczęście rozwiewa te wątpliwości. Jest dynamiczny, jak na współczesnego Gilmoura bardzo energiczny. „Faces of Stone” to znowu powrót do melancholijnych klimatów znanych z „On an Island” – rzewne, spokojne, klasycznie gilmourowskie partie gitary połączone spokojną, leniwą melodią wokalu. Takie klimaty dominują na tej płycie – „A Boat Lies Waiting”, „Beauty” czy „And Then…” to powtórka z rozrywki sprzed 10 lat. Gdyby cała płyta „Rattle That Lock” brzmiała jak te piosenki, to byłoby duże rozczarowanie.

Na szczęście Gilmourowi chciało się na na stare lata trochę pokombinować. Kto by przypuszczał, że głos i gitara Pink Floyd zacznie grać knajpiany jazz? No raczej nikt. „The Girl in the Yellow Dress” jest rzeczą tak różną od tego, do czego ten człowiek przyzwyczaił słuchaczy, że na dobrą sprawę ratuje całą płytę. Osobną sprawą jest, czy David Gilmour powinien sięgać po taki gatunek muzyki, ale mimo wszystko brzmi to dobrze. Trochę w tym samym klimacie utrzymana jest jeszcze „Dancing Right in Front of Me” (ten środek z solem na fortepianie!).

Chyba najlepszym utworem na całej płycie jest „In Any Tongue”. Co ciekawe obnaża on też jeden z większych jej problemów. Tutaj, a także w „Today” i „The Girl in the Yellow Dress” Gilmour napisał sobie takie melodie, których nie jest w stanie zaśpiewać i męczy się okrutnie, aby te wysokie dźwięki dociągnąć. „In Any Tongue” niesamowicie broni się mroczną atmosferą oraz partiami gitary, ale refreny są w przeuroczy sposób ratowane gitarą zagłuszającą popisy wokalne Davida w co wyższych partiach.

Jest jeszcze „Today”, o którym nie bardzo wiem co myśleć. Pierwsze moje kontakty z tym utworem to był dramat – wszystkie te efekty i przestery na gitarze powodowały, że nie byłem w stanie usłyszeć melodii, które tam są. Ale jak już człowiek się przekona do tych eksperymentów (mówiłem, że na stare lata chciało się Gilmourowi trochę pokombinować), to zauważy, że jest to całkiem niezła piosenka.

Warto sobie ten album przesłuchać dla partii gitary. Mogą one być wrzucone w średnie piosenki, ale jak już do głosu dochodzi ten czarny stratocaster to robi się ciepło na sercu. W tym obszarze jest znakomicie. Od pierwszych dźwięków słychać, że to David Gilmour i nie da się jego gry pomylić z nikim („And then…” – jak to cudownie brzmi, jak szybko się kończy, aż chciałoby się jeszcze. Tak z 15 minut jeszcze!).

Największym problemem „Rattle That Lock” jest to, że jest to album nijaki. Gdyby był słaby, to ludzie by o nim mówili (chociaż o ostatnim tzw. albumie Pink Floyd też bardzo szybko przestano mówić cokolwiek). Gdyby był fantastyczny, to wszyscy by o tym wiedzieli. Po jego przesłuchaniu żadna piosenka nie zostaje jednak w pamięci, nie ma tutaj takich melodii, które od razu by się łapało i powtarzało przez cały dzień. Jest to grupa bezpiecznych utworów, które w niczym się nie wyróżniają na tle historii tego człowieka. Są to jednak rzeczy na tyle dobre, żeby nikt nie mógł mieć żadnych pretensji co do sensu ich publikacji. Nie są to bezczelne zrzynki z utworów Floydów. Ja jednak odnoszę wrażenie, że wszelkie laury w podsumowaniach muzycznych 2015 roku ta płyta dostaje nie za zawartość, ale za nazwisko znajdujące się na okładce. Jest to jednak rzecz o wiele długości lepsza od ostatniego albumu sygnowanego nazwą Pink Floyd (który z czasem tylko traci, a „Rattle That Lock” niewiele, ale jednak zyskuje).

david-gilmour-lead-xlarge

Płyta do posłuchania parę razy i jednak do zapomnienia. Dla fanów Pink Floyd pozycja obowiązkowa. W sumie nic specjalnego, ale z momentami. Tak na 6 punktów w 10-cio stopniowej skali.