Louder than words. Pink Floyd – The Endless River

Stała się rzecz absolutnie nie do pomyślenia. Sytuacja wręcz montypythonowsko absurdalna. Bo oto do sklepów trafiła nowa płyta Pink Floyd. Przynajmniej tak jest reklamowana. Niemniej jednak jest to wydarzenie zrzucające z nieba trzecią część gwiazd i rzucające je na ziemię. W muzyce popularnej ciężko o mniej prawdopodobne wydarzenie – chyba tylko trasa koncertowa Led Zeppelin (zapomnijcie, chociaż Jimmy Page by chciał) czy nowa płyta The Beatles (na to też nie ma szans). O „nowej płycie Pink Floyd” nie śnił nikt. A tu proszę, „The Endless River” można już znaleźć w sklepach.

back   rick

Reklamy jednak kłamią. Nie jest to nowa płyta. Składa się ona z materiału, który powstał w głównej mierze w 1993 roku, w trakcie przygotowywania albumu „The Division Bell” i się na nim nie zmieścił. Podobno powstało wtedy około 20 godzin przenajróżniejszych pomysłów, które teraz, po dwudziestu latach, zostały odkurzone i przygotowane do publicznej prezentacji. Wiele z tych utworów zostało skomponowanych przez zmarłego w 2008 roku klawiszowca grupy, Richarda Wrighta. Do tych motywów David Gilmour i Nick Mason, w towarzystwie Philla Manzareny, Flooda i kilku innych muzyków dograli swoje partie i wydali pod tytułem „The Endless River„. Tytuł dobrany interesująco, bo „The endless river” to ostatnia fraza ostatniego utworu na „The Division Bell„, czyli ostatnim studyjnym albumie Floydów. „Nowa” płyta ma być hołdem dla zmarłego na raka kolegi.

składa się z 17 ścieżek, pogrupowanych tytułami na cztery „strony” (tak jak w wersji winylowej). Prawie wszystkie utwory są instrumentalne. Dopiero ostatni, „Louder Than Words” ma tekst, który jest śpiewany przez Gilmoura. Całość trwa około 50 minut. Dużo w tej muzyce kombinowania – raz na pierwszym planie są klawisze, raz gitara, czasami pojawi się saksofon, są też interesujące przejścia perkusyjne. Momentami czuć bardzo mocno, że są to dopiero zalążki różnych, lepszych lub gorszych, pomysłów na utwory, które należało na spokojnie zrewidować, część z nich rozwinąć, część zostawić jak jest, a w jeszcze inną część się nie pchać.nick

Całość zaczyna się od ambientowego „Things Left Unsaid„, który trochę przypomina „Cluster One” (co oczywiste, bo to muzyka powstała dokładnie w tym samym czasie), ale także instrumentalne fragmenty „Welcome to the Machine„. Następny „It’s What We Do” już nie tyle przypomina, co momentami brzmi identycznie jak finałowe fragmenty „Shine On You Crazy Diamond„. I to jest w całym „The Endless River” najdziwniejsze. Bezczelne kopiowanie samych siebie. I to nie fragmentów „The Division Bell„, bo to byłoby jasne, ale utworów starszych, znanych przez wielu wręcz na wylot. Przykład? „Allons-y (1)” prowadzone jest przez gitarę wprost wyciągniętą z „Run Like Hell„. Rozumiem, że takie rzeczy pojawiły się w trakcie prac nad albumem i zostały nagrane. Ale nie powinno to trafić na krążek nazwany „nowym albumem”. Nawet cytat ze Stephena Hawkinga został już raz przez nich użyty (w „Keep Talking”).

Do tego należy dodać bardzo różny poziom tych oryginalniejszych pomysłów. Wytwórnia w materiałach prasowych broni się stwierdzeniami typu „album ambientowy”, ale chwilami muzyka przestaje być „oniryczna” i „balladowa” i zaczyna być po prostu nudna. Już sam przydługawy wstęp w postaci „Things Left Unsaid” powinien być skrócony o połowę (co najmniej). Początek trzeciej strony jest bardzo nijaki, rozpędza się w ciekawym kierunku dopiero przy „Allons-y„. Z kolei początek strony czwartej dobrze by się sprawdził jako tło jakiegoś filmu przyrodniczego. Ale przecież muzyka Pink Floyd powinna być zdecydowanie czymś więcej niż ledwie podkładem.

daveZ drugiej jednak strony są tam fragmenty absolutnie magiczne. Już w drugim utworze, „It’s What We Do„, jak już panowie skończą kopiować samych siebie, wchodzi takie solo Gilmourajakie tylko on jest w stanie wymyślić. Czuć wtedy, że słucha się rzeczywiście muzyki Pink Floyd. Ten sposób gry na gitarze jest niepodrabialny. „Anisina” z powodzeniem mogłaby się znaleźć na „The Division Bell” i byłaby tam dobrym przerywnikiem. Tutaj jest perłą z tą fantastyczną gitarą i saksofonem. Niektóre – pojedyncze pomysły są wspaniałe, jednak otoczone są rzeczami słabymi. Zestaw „Allons-y (1)” – „Autumn ’68” z kościelnie brzmiącymi organami – „Allons-y (2)” jest wspaniały. Końcówka strony czwartej – „Surfacing” i „Louder than Words” też są świetne. Trochę mnie na początku śpiewany utwór zawiódł, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu potrafi pokazać swoje piękno (znowu kapitalne solo na gitarze). W wersji dwupłytowej są jeszcze trzy dodatkowe utwory, a wśród nich „Nervana„, która jest o tyle ciekawa, że brzmi jak Deep Purple, a nie jak Pink Floyd. I to tak bardzo brzmi jak Deep Purple, że można by się pomylić.

The Endless River” jest modelowym przykładem płyty, która nie powinna powstać. Przynajmniej nie w takiej formie. Gdyby wydać ten materiał jako dodatkowy, bonusowy dysk w specjalnej, rocznicowej edycji „The Division Bell” (która wyszła wcześniej w tym roku), to byłby bardzo miłym dodatkiem. Niestety, jako osobny byt nie może być traktowany poważnie. Ze względu choćby na nazwę kapeli, która to firmuje. To jest muzyka, która dobrze sprawdzi się jako tło, np. do czytania książki. Ale Pink Floyd to dużo więcej niż muzyka tła. „The Endless River” nie wytrzymuje porównania do pozostałych płyt Floydów i jest z nich najsłabsza. W końcu był jakiś powód, dla którego na „The Division Bell” ten materiał sięnie znalazł… Nie jest jednak beznadziejna, jak to niektórzy próbują w sieci napisać. Ma swoje fantastyczne momenty i choćby dla nich warto jej kilka razy przesłuchać. A później wrócić do Ciemnej Strony Księżyca.

Za te fantastyczne momenty 6/10.

P.S. Jak pięknie dobrane są tytuły na początku albumu: „Things Left Unsaid” na początek odkopanego po 20 latach materiału i „It’s What We Do” z tym, co w muzyce Pink Floyd najlepsze. Wraz z bezpośrednim cytatem z „Shine on…

Za to okłądka jest kiczowata.

10375605