Man is the cruelest animal. True Detective

Tak trochę przypadkiem, trochę w reakcji na agresywną kampanię reklamową, trochę zachęcony entuzjastycznymi recenzjami pierwszego odcinka, sięgnąłem po ten serial, nie mając w stosunku do niego żadnych oczekiwań. I bardzo pozytywnie się zaskoczyłem, bo serial, który nie zapowiadał się wybitnie, okazał się jedną z lepiej opowiedzianych historii, jakie można oglądać na małym ekranie.true-detective-52d09d848dbe5

Serial opowiada historię pewnego rytualnego morderstwa mającego miejsce w połowie lat 90-tych XX wieku. Do sprawy podchodzi para detektywów Rust Cohle i Martin Hart. Osoby bardzo niepasujące do siebie, nie darzące się specjalnie sympatią, jednak tolerujące się. Rust (Matthew McConaughey) jest zamknięty w sobie, cichy, ale jednocześnie zdeterminowany. Jest człowiekiem po wielu przejściach, co spowodowało u niego specyficzne, gorzkie spojrzenie na świat. Martin (Woody Harrelson) jest pewny siebie, silny, momentami porywczy. Nie jest osobą idealną, ma tego pełną świadomość, ale stara się być jak najlepszym dla rodziny i kolegów z pracy. Panowie nie przepadają za sobą, jednak uczucia uczuciami, ale pracę trzeba wykonać do końca.

Akcja serialu dzieje się w Luizjanie. Nie w Nowym Orleanie, ale na prowincji, na której życie toczy się powoli, rozrywek niewiele, a ludzie zajęci są swoimi sprawami i nie za bardzo cieszą się, gdy policja wypytuje ich o jakieś szemrane interesy. W takich warunkach pracować muszą główni bohaterowie historii. Zostają wezwani do morderstwa, jakby nie było, dość dziwacznego – młoda kobieta zostaje znaleziona pośrodku niczego, martwa, związana, ułożona w pokracznej, klęczącej pozycji, z porożem jelenia na głowie. Wokół niej leżą dziwne (rytualne?) przedmioty, a na ciele ma wytatuowane dziwne symbole.

990004

Tyle informacji na temat fabuły na początek powinno wystarczyć, ponieważ największą zaletą tego serialu jest sposób prowadzenia fabuły. Początkowo akcję obserwujemy dzięki przesłuchaniom odbywającym się współcześnie, w których biorą udział główni bohaterowie. Ich wypowiedzi ilustrowane są scenami, które działy się te 20 lat wcześniej. Widzimy dzięki temu przemianę, jaka zaszła w tych postaciach przez lata.

Przebieg śledztwa jest jedną częścią opowieści. Drugą, równie ważną jak ta pierwsza, są relacje między głównymi bohaterami. Przesłuchania, w których uczestniczą Rust i Martin nie skupiają się tylko na odtworzeniu przebiegu śledztwa, ale także na emocjach, jakie targały detektywami, na uczuciach, jakimi się darzyli ówcześnie. Sceny mające miejsce poza pracą są dla opowiadanej historii równie ważne, jak te prowadzące do rozwiązania zagadki.

992675

Ale historia historią, jednak nawet najlepsza opowieść nieumiejętnie opowiedziana stałaby się nudna. Tutaj na nudę nie można narzekać. Przede wszystkim gra aktorska na najwyższym, oscarowym poziomie. Z pełną odpowiedzialnością. McConaughey zagrał postać chyba ciekawszą niż w Dallas Buyers Club i o nagrodę Emmy będzie rywalizował z Kevinem Spacym (który powinien Emmy dostać w zeszłym roku, ale kończył się Breaking Bad, więc trzeba było nagrodzić obsadę tego ostatniego serialu… eech, za dużo fantastycznych aktorów zaczyna grać w serialach ;)). Gra Woody’ego Harrelsona też jest najwyższych lotów. Tak na prawdę ci dwaj zagarniają dla siebie cały serial i ktokolwiek się przez niego przewija i tak musi pozostać w cieniu gry głównych aktorów widowiska. Te filozoficzne rozmowy w samochodzie. Te wspólne poszukiwania. Wygląd i zachowanie „współczesnego” Rusta. W ogóle cała postać Rusta. Gdyby Akademia Filmowa przyznawała nominacje za seriale, to McConaughey miałby ją jak w banku za pierwszoplanową rolę męską. Tym bardziej, że McConaughey dał się oszpecić bardziej niż do roli w Dallas Buyers Club. Może nie musiał być aż tak wychudzony, ale na ślicznego go nie ucharakteryzowali (i niech nie zmylą Was fotosy przy tym wpisie, wersja „współczesna” Rusta jest zupełnie inna).

992797

To, co przykuwa uwagę to sposób opowiedzenia tej historii. Oglądając ten serial ma się wrażenie, że żadna scena, żadne ujęcie, żaden rekwizyt znajdujący się na ekranie nie pojawia się tam przypadkowo. Symbolika sugerująca, że oto mamy scenę-klucz do całego serialu wydaje się być obecna cały czas na ekranie. Czy zabawa Rusta z puszkami po piwie coś znaczy? Czy dzieci Martina coś wiedzą? Kto jest mordercą? Rust? Martin? Ich szef? Po każdym odcinku jedna hipoteza upada, ale następna się rodzi i jest spójna z poprzednimi odcinkami. Poprowadzić tak historię, żeby wokół serialu wytworzyła się społeczność analizująca klatka po klatce wszystkie odcinki jest ogromną sztuką, a w przypadku True Detective to się udało. Tematyka odwołująca się do XIX-wiecznej literatury grozy na pewno ułatwiła zaciekawienie publiczności, ale sposób podania tych wątków – nienachalny, niewymuszony wymaga najwyższego uznania. Kto chce może ten serial oglądać jak zwykły kryminał. Inny skupi się bardziej na wątkach obyczajowych, na tym, jak praca może pochłonąć człowieka i zmusić go do rzeczy ekstremalnych. Dla innego to nawiązania literackie i zabawa konwencjami będą clue całego serialu.

 

Może sam finał nie sprostał ogromnym oczekiwaniom, jakie narosły u mnie przez poprzednie siedem odcinków (tak – ten serial to nie tasiemiec i trwa w sumie 8 intensywnych godzin), jednak sposób budowania napięcia, podsuwanie widzom kolejnych wątków, spójność całej historii, każe przymknąć oko na niewielkie wady, które nie przeszkadzają w odbiorze tego dzieła.

992676

Poza tym klimat południa Stanów Zjednoczonych. Wielkie, puste tereny. Zgromadzenia religijne, samotne domy na odludziu. Mroczne speluny. Tak, klimatu temu serialowi odmówić nie można. Wszystko to jest fantastycznie nakręcone. Mroczne i posępne. Nawet jeżeli dookoła panuje upał i świeci słońce, to dookoła widać brud i szarzyznę prowincji. Serial trochę klimatem przypomina skandynawskie książkowe kryminały, co uważam za jego ogromną zaletę.

 

Koniecznie trzeba wspomnieć o niesamowitej czołówce oraz zawartej w niej piosence – bardzo klimatyczne, mroczne country, perfekcyjnie wpasowujące się w klimat se    rialu. Utwór nazywa się „Far from Any Road” i wykonywany jest przez duet The Handsome Family. Chyba najlepsza piosenka będąca czołówką serialu, jaką kojarzę.

Trochę niespodziewanie, zaraz przed kolejnym sezonem Gry o Tron, HBO uraczyło widzów niesamowicie dobrym kryminałem, który nie jest długi, jest zamkniętą całością (drugi sezon ma opowiadać zupełnie inną historię), jest opowiedziany w fantastyczny sposób i traktuje o nośnych kwestiach: kościół, okultyzm, przemoc; który wszystkie wątki podaje w sposób nienachalny, który nie traktuje widza jak idioty i który fenomenalnie się ogląda. Warto, tym bardziej, że to tylko 8 godzinnych odcinków. Warto, bo HBO słabych seriali nie robi, a ten tylko potwierdza tą tezę.

9/10