Metropolis. Scenes from a Memory City. Miasto 44

Od czasu do czasu polska kinematografia wypuści tak zwaną superprodukcję, czyli film o budżecie jednego odcinka co słabszego amerykańskiego serialu, najczęściej w formie na klęczkach osadzonego pomnika historii, ze szczególnym naciskiem na naszą wielebną martyrologię i umieranie za miliony. W tym roku jest to „Miasto 44” Jana Komasy, czyli jeden z około miliarda tegorocznych filmów na temat Powstania Warszawskiego. Cała ekipa robiła wszystko, aby ten film nie wpisywał się w polską martyrologię. O dziwo, po części im się to udaje.
maistoglowne

Od razu zaznaczę, że mam ogromny problem z oceną tego filmu. Są w nim sceny, które mi się podobały, są takie, które miały ogromny potencjał, ale ja bym widział to inaczej (co wcale nie znaczy, że są złe, to ja pewnie mam skrzywiony gust) i są w nim rzeczy bardzo dziwne (co wcale nie znaczy, że są złe, to ja pewnie jestem za głupi).

O czym jest to film? No o Powstaniu Warszawskim. Nie jest to historia Stefana, ponieważ scenariusz potrafi zostawić go na jakieś pół godziny, całkowicie zapominając o jego istnieniu. Nie jest to film o dwóch żeńskich bohaterkach – Kamie i Biedronce, bo ta pierwsza pojawia się na krótkie chwile, a ta druga niby jest częściej na ekranie, ale i tak częściej jej nie ma niż jest. Reszta bohaterów, a paczka znajomych jest dość spora, to już w ogóle same pionasy, którzy pojawiają się na ekranie, ale i tak się nie da do nich przywiązać, bo są za krótko i bez historii. Za to mamy pełny przegląd wydarzeń z powstania – są walki na Starym Mieście, są potyczki na Czerniakowie, są kanały, są wybuchy, są Niemcy, jest dużo.

miasto2

Wolałbym w pełni, od początku do końca, opowiedzianą historię jednej postaci. W tym momencie mamy Stefana, który do konspiracji trafia przez totalny przypadek, samemu się tam nie pchając (nawet wprost mówi, że interesuje go tylko praca, za którą będzie dostawał pieniądze!), ale jak już przychodzi co do czego, to gra strasznego gieroja-Rambo, który sam chce wszystkich wystrzelać (fakt, do czasu). Może trochę jestem zepsuty serialami, gdzie na zbudowanie postaci – ich motywacji, celów, lęków itd. jest dużo czasu, podczas gdy film ma trwać te dwie godziny i wszystko ma się w nim zgadzać. Ale ok. Mamy już tego Stefana, przez pół filmu wciskanego w rolę głównego bohatera. Później scenariusz o nim potrafi zapomnieć, skupiając się tylko na Biedronce. Później znowu wracamy do niego, zostawiając Biedronkę w prowizorycznym szpitalu. Problem jest taki, że Stefan jest niesamowicie denerwujący. W połowie filmu chciałem, żeby w końcu go zabili, a on, na przekór wydarzeniom na ekranie, miał włączony jakiś god-mode, bo sukcesywnie ginęli wszyscy, tylko nie on. A jago zachowanie, maniera i styl bycia – taka totalna obojętność na wszystko (na początku), katatoniczne odrętwienie (w środku) oraz nie-wiadomo-czy-już-ozdrowienie-czy-może-on-ciągle-nie-wie-o-co-chodzi na końcu filmu spowodowały, że nie potrafiłem człowieka polubić.

Poza tym skaczą koło niego dwie dziewczyny, a on totalnie to zlewa (albo zachowuje się jakby zlewał) albo sam nie wie co o tym wszystkim myśleć, a na koniec splot wydarzeń powoduje, że wybiera (?) tą brzydszą. Ale chyba tylko dlatego, że bardziej koło niego skakała. Bo on to sam nie wiedział czego chce.

miasto1

Scenariusz ma przeskoki. Tak na prawdę ogląda się to, jakby całość miała być serialem i została mocno ściśnięta, aby wszystko w tych dwóch godzinach pomieścić. W kilku miejscach dodano aż podpisy mówiące gdzie to my właściwie jesteśmy, bo gdyby nie one to widz w ogóle miałby w głowie totalny katzenajmmer. W kilku innych miejscach następuje wyciemnienie i akcja przenosi się w zupełnie inne miejsce, nie wiadomo jak i dlaczego. Ale, słabo bo słabo, ale całość kupy się trzyma. Niestety, brakuje jakiejś godziny materiału pomiędzy niektórymi scenami. Ale tak to jest, jak się chce opowiedzieć całe powstanie w jednym filmie.

Przechodząc do obrazków. Reżyser miał jakąś wizję. Wygląda na to, że brzmiała ona „robimy rzecz nowoczesną”. Koniec wizji. Potem nastąpiło szukanie pomysłów i każdy, ale to absolutnie każdy został wcielony w życie. Slow motion? Jest. Kamera z oczu bohatera jak w grach komputerowych? Jest. Ujęcia „z ręki” zza biegnącego żołnierza w budynku jak w np. „Ludzkich dzieciach”. Też są. Bez długaśnego master-shota, ale są. Zdjęcia rodem z horrorów pokazujące popadanie w szaleństwo? No też są. Niektóre pomysły są świetne, ale ja miałbym delikatnie inną wizję – np. bieg w slo-mo na cmentarzu, przypominający „300” – dlaczego tam jest podłożony „Dziwny jest ten świat” Niemena to ja nie wiem. Nijak nie pasował. Już „Sen o Warszawie” tam byłby lepszym pomysłem. Ale samo spowolnienie, sposób prowadzenia kamery i choreografia – super. Słynna scena pocałunku wśród kul? Fajno, ale bez rozjaśnienia tła, z inną melodią w tle i bez tych absurdalnych świetlików zrobionych z zakręcających kul dookoła. Poza tym już ktoś to zrobił. Lepiej. W teledysku!

Tak to powinno wyglądać. Z taką muzyką! Z kulami świszczącymi z jednej i drugiej strony!

No i jest scena erotyczna z dubstepem w tle. Nie żeby trwała ona ze 20 sekund. Ale była, i taki szum w mediach narobiła, że niby taka nowoczesna muzyka, że w takim filmie i w ogóle. 20 sekund. Dwadzieścia. Sekund. Jeszcze poprzetykane kolejną sceną. Kompletnie nie zsynchronizowanych z dźwiękiem! Nie do rytmu! (wybrany utwór ma z resztą dziwnie schowany rytm). No na litość boską jak tak można! Po to chyba się robi podkład muzyczny, żeby wkomponować się obrazem w rytm (po mojemu). Chyba, że to miało być aż tak dekonstruktywnie-postmodernistyczne. W takim razie sorry – nie zrozumiałem. Za ambitne dla mnie. No niby młodzi ludzie spleceni razem, a ja patrzyłem jak ładnie paprotka w tle się przewraca… W slow motion…

Cały montaż muzyki jest trochę szalony, bo z jednej strony są nowoczesne brzmienia (tenże wspomniany dubstep), klasyka lat 70-tych (tenże wcześniej wspomniany Niemen), jak i piosenki „z okresu”. Wszytko trochę ze sobą wymieszane i ciężko złapać jakiś konkretny klimat.

miasto-44-4

Film bardzo stara się być mocny wizualnie. Co chwila widać jakąś rękę oderwaną od reszty, jakieś falki na wierzchu, jest nawet krwawy deszcz. Są sceny, które mają szokować, jak zestrzelenie młodego powstańca z drzewa albo wysadzenie się dwójki walczących granatem, ale znowu – rozwój postaci, a właściwie jego brak, powoduje, że wcześniej niczego do tych ludzi nie czuliśmy, więc i ich nagła śmierć nie robi tak silnego wrażenia, jakie powinna. Scenografia robi duże, bardzo pozytywne wrażenie. Tutaj widać wpompowany duży, jak na polskie warunki, budżet. A zdjęcia przedstawiające jeszcze nie zburzoną Warszawę (podróż tramwajem na samym początku) są na prawdę fantastyczne. Jak na polskie realia i polskie kino jest bardzo dobrze. No i nie jest aż tak sterylnie, jak to w polskim kinie historycznym zwyczajowo bywa.

Ja się trochę wyzłośliwiałem, ale nie jest to film zły. Jest to film zrobiony z ogromną liczbą eksperymentów, z problemami z budową postaci i to tak na prawdę jest jego największą wadą. Na pewno nie jest to typowy polski film, który starając się być śmiertelnie poważnym, staje się obrazem oglądanym dla beki. To w przypadku „Miasta 44” nie przejdzie. Film z dużym potencjałem, który przez kilkanaście minut potrafi świetnie budować napięcie, aby później cały suspens zniszczyć dziwacznym pomysłem reżysersko-realizatorskim. Ale ogląda się to całkiem nieźle i nie jest pomnikowym, na klęczkach zrobionym dziełem ku czci i chwale poległych. A to chyba było najważniejsze, bo dzięki temu da się to oglądać. O ile wytrzyma się z postacią głównego bohatera, bo ja momentami wymiękałem.

W mojej skali to jest 6/10.

g-3