My list of Regrets. Steven Wilson, Kraków 18.04.2016

Trasa koncertowa promująca album „Hand. Cannot. Erase.” zatoczyła koło. Niewiele ponad rok po poprzedniej wizycie pod Wawelem, ponownie można było zobaczyć Stevena Wilsona wraz ze swoim zespołem w Krakowie. Pomimo zmiany nazwy trasy na „Four and a Half Tour” wiele rzeczy pozostało bez zmian. Dużo było jednak nowości, dla których warto było wybrać się do ICE Kraków Congress Centre jeszcze raz.

sw-2Steven Wilson jak to na największego pracoholika współczesnego rocka przystało nie próżnował pomiędzy swoimi krakowskimi występami. Pomiędzy kolejnymi koncertami zdążył między innymi wydać minialbum „4 1/2” (trwający 37 minut – za czasów płyt winylowych to był standardowy czas trwania longplaya). Do tego zaszły delikatne roszady w zespole. Zamiast Marco Minnemanna za zestawem perkusyjnym siedział Craig Blundell, gitarą solową zaś zajął się David Kilminster – człowiek, który parę lat temu podróżował po całym świecie z Rogerem Watersem z widowiskiem „The Wall Live”.
No i przede wszystkim delikatnej kosmetyce uległa setlista.

sw-4Rdzeń koncertu pozostał się nie zmienił. Pierwsza jego część to album „Hand. Cannot. Erase.” zagrany w całości. Rok temu pomiędzy poszczególne utwory z albumu Steven wplątał dwie wcześniejsze swoje piosenki (zabieg moim zdaniem kontrowersyjny), „zapomniał” zaś o krótkim, akustycznym „Transience”. Tym razem ostatni pełnoprawny album Wilsona został zagrany bez udziwnień. Pomimo zmian personalnych nie było nawet różnic w samej muzyce! Delikatną zmianę w przejściu perkusyjnym w „3 Years Older” zrzucam na ogólny hałas i mnogość wszystkiego w tym utworze. Solo Kilminstera w tym samym utworze chyba troszkę się od oryginału Guthrie Govana różniło, ale z wyżej wymienionych powodów nie jestem w stanie tego stwierdzić. W „Regret #9” totalnie odleciał podczas swojego solo Adam Holzman na klawiszach i ten moment stał się muzycznie najlepszym punktem wieczoru. Pozostałe utworzy zostały zagrane z zegarmistrzowską precyzją tak, że można by to nagrać i wydać jako album studyjny.

Na niespodzianki przyszedł czas w części drugiej widowiska. Po kilkunastominutowej przerwie spędzonej za kulisami muzycy wyszli i zaczęli sw-3niespodzianką. Do tej pory (przez kilkanaście koncertów w Amerykach oraz na rozpoczęcie europejskiej części trasy w Poznaniu) setlista była stała i druga część koncertu zaczynała się zawsze od „Drag Ropes”, utworu projektu Storm Corrossion. W Krakowie było inaczej. Dostaliśmy jeden z najpiękniejszych utworów Porcupine Tree, zamykający płytę „Signify”, przepiękny „Dark Matter”. Z tegorocznego minialbumu zagrali trzy utwory, co ciekawe – trzy najdłuższe. „My Book of Regrets”, „Vermillioncore” oraz „Don’t Hate Me”. Oczywiście nie mogło zabraknąć „Lazarusa”, zadedykowanego tego dnia Davidowi Bowiemu. Hołd temu artyście został oddany jeszcze raz podczas bisów, które rozpoczęły się od „Space Oddity”, które zabrzmiało prześlicznie.
W trakcie „The Sound of Muzak” publiczność miała za zadanie odśpiewać ostatni refren, ale wyszło to bardzo średnio – gdyby muzycy przyciszyli granie na moment „wejścia” publiczności może byłoby lepiej 😉 Warty wspomnienia po raz kolejny jest utwór „Index”, który ponownie odegrany został w przearanżowanej, bardzo ascetycznej wersji, która za każdym razem wgniata w fotel.

sw-1Ze wszystkich ludzi w krakowskim centrum kongresowym najbardziej popisywał się dźwiękowiec – jak to na koncertach Wilsona było bardzo głośno, ale tak, aby żaden instrument nie przesterował. Kiedy było trzeba, to potrafił tak wyciszyć wszystkie instrumenty, aby było słychać to, co ma być słychać, a tam, gdzie miał być hałas, to był hałas, szaleństwo i huragan dźwięków. Dobiegających z resztą z każdej strony, bo dźwięk był przestrzenny i niektóre partie było słychać zza pleców widowni (czasami to były tylko efekty, a w niektórych utworach na tył potrafiła pojechać widownia).
Po uszach na pewno dostało się technicznym elektrykom, bo „Ancestral” został przerwany w połowie nagłym zanikiem prądu na scenie. Światła działały, ekran działał, ale instrumentów nie było słychać. Pech chciał, że trafiło na fragment budujący napięcie przed punktem kulminacyjnym całego, długaśnego utworu. Ale po burzy braw muzycy zaczęli grać dalej.sw-5
Koncerty Wilsona polecam z całego serca, ale może niekoniecznie „na sucho” – warto sobie przed widowiskiem posłuchać wersji studyjnych i samemu ocenić, czy taka muzyka się podoba. Mi podoba się bardzo, pomimo wyraźnego zjadania przez Wilsona własnego ogona i kopiowania ogranych przez samego siebie motywów. Dla mnie te utwory niosą ze sobą taki ładunek emocjonalny, że nawet „niedysponowany” zespół i zepsute wykonanie nie przeszkodziłoby mi w czerpaniu ogromniej przyjemności z tej muzyki.