Not a hero, not a president and no, not an officer. Doctor Who

Doctor Who. Serial mający za sobą takich fanów, jakich nawet Gwiezdne Wojny nie były sobie w stanie wyhodować. Science-fiction o przedstawicielu humanoidalnej rasy Władców Czasu, podróżującym przez czas i przestrzeń w brytyjskiej budce policyjnej, która jest większa w środku niż na zewnątrz (a tak na prawdę to w specjalnym statku kosmicznym zwanym TARDIS – Time and Relative Dimmension in Space, który tylko wygląda jak budka policyjna) i rozwiązującym różne problemy wszechświata.

doctor_who_peter_capaldiZdecydowałem się na oglądanie go od środka. A w zasadzie od końca, bo od ósmego (licząc od wznowienia), najnowszego sezonu. Trochę sprawę ułatwiła (albo utrudniła :P) zamiana aktora grającego główną rolę, czyli tytułowego Doktora. Obecnie przez meandry czasoprzestrzeni wędruje Peter Capaldi, zastępując Matta Smitha (ale ciągle gra tą samą postać – tego samego Doktora, tylko w nowym wcieleniu – jedno z wielu szaleństw tego serialu). I dzięki Ci, o BBC Entertaiment za emisję dokumentu „o czym to właściwie jest” zaraz przed pierwszym odcinkiem, dzięki czemu nie byłem kompletnie zielony patrząc na to, co dzieje się na ekranie.

No więc mamy tego Doktora, jego towarzyszkę podróży, na co dzień nauczycielkę w szkole podstawowej, Clarę, którzy przez dwanaście 45-minutowych odcinków mierzą się różnymi przeciwnikami – takimi klasycznymi dla całego, pięćdzisięcio już letniego, serialu jak Dalekowie (rasa nastawionych na eksterminację – słowo klucz – ufoków zapuszkowanych w zbroję na kształt gwiezdnowojennych robotów klasy R2) albo Cybermani, czy takimi pojawiającymi się tylko epizodycznie. Generalnie jeden odcinek to zamknięta całość, nie licząc podzielonego na dwie części finału, i to całość dość zmyślnie zmajstrowana.

dalek-doctor_00317311Zmyślnie, ponieważ większość, jak nie wszystkie, odcinki nawiązywały strukturą, sposobem prowadzenia akcji lub dekoracjami, do różnych gatunków filmowych. Pierwszy dział się w bardzo specyficznie pojmowanej wiktoriańskiej Anglii, więc mięliśmy kino kostiumowe (z resztą – cały sezon zaczął się od T-Rexa niszczącego Londyn. serio). Drugi był wędrówką po wnętrzu Daleka, co przypominało trochę „Obcego”. Trzeci był o Robin Hoodzie. Czwarty – o koszmarach i miał trochę strukturę horroru. Kolejny to napad na bank w tylu „Ocean’s Eleven”. Był jeszcze odcinek dziejący się wewnątrz bazy kosmicznej, coś w tylu „Misji na Marsa” czy „Moon”, kosmiczny Orient Express (z autentycznie przewspanialą interpretacją „Don’t Stop Me Now” Queen w wykonaniu zespołu Foxes), który przy okazji był przykładem kina nowej przygody, może bez chodzenia po grobowcach jak Indiana Jones, ale z tajemniczym artefaktem już tak; a w finale sezonu była typowo bondowska scena lotu bez spadochronu. Zabawa z popkulturą na najwyższym poziomie. Wszystko to było jednak spójne i czuć było, że ogląda się jeden (dość absurdalny momentami) serial.doctor-who-2005-53f4df0fe2e7f

Równocześnie, oprócz zamkniętych głównych historii, poszczególne odcinki rozwijały wątek miłosny pomiędzy Clarą a jej współpracownikiem ze szkoły, byłym żołnierzem, a obecnie nauczycielem matematyki, Dannym Pinkiem. I ten wątek momentami był dość irytujący, momentami strasznie dziwnie prowadzony, ale miał przesłodkie epizody, które rekompensowały te słabsze fragmenty (ten serial ostatecznie kupił mnie sceną, w której Danny sam sobie tłumaczył, że zachował się jak kretyn, uderzając głową o ławkę szkolną, nie wiedząc, że ciągle jest przez Clarę obserwowany – to było takie słodkie, choć żaden rozsądny introwertyk nie mówiłby takich rzeczy na głos). Clara jest z resztą tak sympatyczną postacią, że dla jej samej można ten serial oglądać.

Trochę zawiodła mnie kreacja samego Doktora, który w moich wyobrażeniach był bardziej ironiczny, może trochę zabawniejszy, no i przede wszystkim z większą liczbą scen, w których Capaldi mógłby się aktorsko wykazać. Bo scen takich jak rozwiązywanie zagadki w Orient Ekspresie czy finałowa konfrontacja było, według mnie, zbyt mało. Ale momentami ten serial potrafi być bardzo zabawny. Zabawny w angielskim stylu, czyli często jest absurdalnie (tak, powtarzam się, ale ‚absurd’ to najlepsze słowo, które przychodzi mi do głowy).

Bardzo pomysłowi są scenarzyści. Walka z kosmitami, którzy nie rozumieją koncepcji trzeciego wymiaru i pokonują ludzi spłaszczając ich i wsmarowując w ściany była mistrzowska. Drugim ciekawym pomysłem było „zachowywanie” zmarłych ludzi w czymś w rodzaju twardego dysku, do późniejszego wykorzystania, czyli stworzenie zaświatów dla ludzi. A zaświaty te znajdowały się w centrum Londynu. Czasami jednak scenarzyści przeginali i zrobili (na krótko) Doktora prezydentem świata, co podobno zostało ustalone przez wszystkich przywódców na Ziemi. No tego nie byłem w stanie tak łatwo kupić, w przeciwieństwie do Orient Ekspresu przemierzającego kosmos ;).

doctor-who-2005-53ae8a0d2b565Serial garściami czerpie z tego, co wypracował przez te 50 lat obecności w popkulturze i co chwila nawiązuje do stałych przeciwników, czy postaci, które swój debiut zaliczyły kilkadziesiąt tal temu. Wielki to ukłon w stronę fanów, ale dla mnie, laika, były to często rzeczy nie do wychwycenia, co trochę rzutowało na odbiór całości – na przykład końcówka pierwszej części finału miała widzów zrzucić z siedzeń wyjawiając kim jest przewijająca się przez cały sezon Missy, ale w momencie coming-outu nic mi to nie powiedziało, więc napięcie budowane przez kilka minut odcinka uszło mi bez doświadczenia pełnej kulminacji. Ale nawet nie znając historii całego serialu i tak można się dobrze bawić oglądając te odcinki. Odpowiednia podbudowa jednak pomaga w lepszym odbiorze całości – tego jestem pewny.

Całość ogląda się przyjemnie, o ile już na początku kupi się całą konwencję i odłoży na bok wszelkie uprzedzenia. Bo jest to serial, który bardzo łatwo wyśmiać. Bo jak można poważnie traktować historię, w której księżyc jest tak na prawdę wielgachnym jajem, z którego w pewnym momencie coś zaczyna się wykluwać? Niby można, ale zdecydowanie jest to już taki poziom absurdu, który nie do wszystkich może trafić. Tak jak Camelot będący tak na prawdę statkiem kosmicznym. Scenarzyści nie pozwalają sobie na półśrodki i niedopowiedzenia – jak coś sobie wymyślą, to na pewno zrealizują, a pomysły mają odjechane. Do tego dochodzi TARDIS czy soniczny śrubokręt będący rozwiązaniem wszelakich problemów.

doctor-who-cybermen-gaiman

Mimo absurdów i odjechanych pomysłów jest to dobra rzecz. Przyjemny serial do oglądania, a z historii, które opowiada zawsze można jakiś ciekawy morał sobie wywnioskować. Internetowy fandom już się postara, aby zainteresowanym sprzedać drugie i trzecie dno każdego odcinka, bo wiele wydarzeń tam się dziejących może być interpretowane zupełnie inaczej, mając szerszy kontekst wydarzeń, niż tylko jeden sezon.

Można szydzić, bo pewnie spłyciłem to, co się dzieje w tym sezonie najbardziej, jak tylko się dało. Bo i scenarzyści samemu Doktorowi dali do przemyślenia kilka problemów, z którymi zmagał się przez cały sezon, na przykład pytanie, czy jest on dobrym czy złym człowiekiem (nie sam tego nie ogarnąłem – zdążyłem wyczytać :P). Ale mi, totalnemu laikowi, się spodobało, nawet, jeżeli nie ogarnąłem.