Prawdziwe Nagrody Muzyczne za rok 2015

Nieważne Grammy®. Nieważne Fryderyki czy inne Szopeny. Oto pierwsze wielkie rozdanie moich prywatnych nagród muzycznych. Śmiertelnie poważnych.

Nagroda imienia Casanovy-sprintera (czyli skończyłeś pierwszy, ale zastanów się, czy na pewno jest się z czego cieszyć…)Bryan Adams „Get Up”
Nowa płyta Bryana Adamsa trwa 36 minut. Są wykonawcy, którzy tej długości krążki nazywają „EP” a nie „LP” (to jest przecież skrót od „long play”!). To jeszcze dałoby radę przełknąć. Pierwszy Ghost tyle trwa. Ale to i tak jest wartość zawyżona, bo jedenaście z tych 36 minut zajmują akustyczne wersje utworów wcześniej już przez pana Adamsa na tej płycie zaśpiewanych! Na albumie trwającym niewiele ponad pół godziny, wśród 13 utworów, cztery są tam nagrane dwukrotnie! To znaczy tylko tyle, że w drodze do pracy byłbym w stanie przesłuchać całość dwa razy. Jadąc w jedną stronę. A jakby był duży korek, to możliwe, że trzy razy.
Przyznać jednak muszę, że te 25 minut jest bardzo satysfakcjonujące!
Konkurencji w tym roku nie stwierdzono.

Nagroda imienia Szwadronu Drwali pod honorowym patronatem Rządu Australii i braci Young – Iron Maiden „Book of Souls”.
Piłują, piłują i będą tak do końca świata i jeden dzień dłużej. Od zawsze tak samo, ale w XXI wieku ich płyty są już totalnie nierozróżnialne. Tym razem album trwa ponad 90 minut (czy pan Bryan Adams robi notatki!?). W sumie zmiany są, bo potrafią młócić jeden utwór przez 18 minut. Ale to jest tak jałowe, jednostajne i przewidywalne, że polecam jako kołysankę. Najciekawsze jest to, że oprócz nudy nie ma się do czego przyczepić, bo wrzucić w samochód można, jako tło do pracy można, do jazdy rowerem też można. Tylko po co, skoro frajdy daje tak mało?

Nagroda imienia Stevena Wilsona dla Stevena Wilsona za byciem ghost-writerem dla Stevena Wilsona.
We wszelkich podsumowaniach progresywnych płyt 2015 roku „Hand. Cannot. Erase.” będzie bardzo wysoko. U mnie też jest bardzo wysoko, bo to jest bardzo dobra płyta. Najciekawsze w niej jest to, że co-bardziej zorientowani rozpoznają motywy, których Wilson używa (bądź używał) cały czas. Można bawić się w przyporządkowywanie kolejnych minut do poszczególnych albumów Stevena solo, jako Porcupine Tree czy Blackfield. A ponieważ najbardziej podobają nam się piosenki, które już słyszeliśmy, to siłą rzeczy ta płyta się podoba.
W tej kategorii silną kandydaturą było „Drones” od Muse, ale oni zżynają od dawna, i nie tylko od siebie.

Nagroda imienia Chajzera, Ziołolecznictwa oraz Kanadyjskich Curlingowców dla gdańskiej kapeli Ampacity za album „Superluminal”.
Wystrzelili jak Filip z konopi i totalnie zamietli. Po prostu. 45 minut totalnego odjazdu. Szok, że w Polsce można tak grać. Instrumentalna trochę post-metalowa, trochę space-rockowa petarda. Nie na każdą okazję, nie dla każdego (dlatego raczej nie będzie moim numerem jeden w tym roku) ale i tak – wow. Just wow.

Złoty Kotlet pod patronatem Baru Mlecznego „Smak” dla Davida Gilmoura za album „Rattle that Lock”.
Za płytę, która jest odgrzanym i delikatnie przyprawionym „On an Island” sprzed 10 lat. Płytę dobrą, może nie zachwycającą, ale lekkostrawną i zdecydowanie nie powodującą odruchu wymiotnego. Solidna muzyka, jednak bez iskry dającej jej nawet cień szansy na gwiazdkę od Michelin. W sumie to tej płycie należy się w końcu szersze omówienie z mojej strony…

Nagroda imienia Pary Dziewcząt i Słoika dla duetu Lindemann za album „Skills in Pills”.
To ja już wolę nie rozumieć o czym Till Lindemann śpiewa. Niech robi to pod szyldem Rammstein po niemiecku. Bo po angielsku to jest bardzo, bardzo creepy. Bardzo. I na dodatek niesmaczne. Jako materiał poglądowy polecam „Golden Shower”. Ale sama muzyka zacna.

Nagroda imienia Hello Kitty – dla zespołu Ghost za album „Meliora”.
Sataniści! Chociaż jak się dobrze przyjrzeć, to jednak nie do końca, a właściwie nie do końca na serio. Ale nagrodę dostają za to, że wszyscy ich cały czas traktują jako kapelę metalową, a z tym metalem to oni mają coraz mniej wspólnego. Oczywiście takie „From Pinnacle to the Pit” udziergane jest z bardzo sabbathowego riffu, ale połowa tej płyty to raczej psychodelia z lat 60-tych niż metal. Ale niech im ta będzie, że metal…

Różowy, pluszowy jednorożec skaczący po tęczy dla duetu Hurts za album „Surrender”.
Proszę mi więcej takich wolt stylistycznych nie robić. Muzycznie nie zmienili nic, ale tekstowo jest obrót o 180 stopni. Nie nagrywa się najpierw „Silver Lining” i „Wonderful Life”, do których można się ciąć strojąc się na smutnych i zimnych post-depeszowców, aby za parę lat wyskoczyć z  takim „Some Kind of Heaven”. Słuchając Hurts ma przecież boleć. Ma być smutno, zimno i synthpopowo, a nie „too good to be true” i Eurowizja.