Jak to się ludzie po Ukrainie wożą i co im z tego w głowie zostaje, czyli „Przyjdzie Mordor i nas zje”

„Przyjdzie Mordor i nas zje” to pierwsza książka Ziemowita Szczerka, dziennikarza, pisarza i tłumacza młodego pokolenia. Książka o tyle ważna, że wydana w 2013 roku, a już została nagrodzona Paszportem Polityki, a ma jeszcze szansę na tegoroczną nagrodę Nike (w kategorii Reportaż). Choćby z tego powodu warto tą pozycję znać. Powodów ku temu jest z resztą znacznie więcej.

Czym, najkrócej sprawę ujmując, jest ta pozycja? Opisywana przeze mnie wcześniej „Europa B” jest „Mordorem”, tylko bardziej. To, że Szczerek mógł podczas pisania „Europy B” puścić wszelkie hamulce jest poniekąd zrozumiałe, bo tamta pozycja została wydana z pominięciem jakiegokolwiek wydawnictwa, więc nikt nie miał okazji czepić się, że cokolwiek może być zbyt mocne. Z drugiej strony to właśnie „Mordor” jest dziełem starszym i w zasadzie powinienem od niego zacząć czytać Szczerka, ale wyszło tak, jak wyszło 😛

„Przyjdzie Mordor…” jest zbiorem reportaży opisujących podróże autora na Ukrainę. Napisane jest to w stylu „gonzo”, więc jest niegrzecznie i bez owijania w bawełnę i upiększania na siłę. Nie jest to opis jednej długiej wyprawy, raczej luźne wspomnienia z wielu eskapad za naszą wschodnią granicę. Z resztą, pomiędzy kolejnymi reportażami nie ma dużych zależności i w zasadzie można by czytać je w losowej kolejności, pomijając kilka definicji, które pojawiają się na początku książki, na przykład dokładne wytłumaczenie, czymże jest osławiony „balsam Wigor”.

Podróże te zamiast przybliżać walory ukraińskich krajobrazów oraz zachwalać piękno zabytków prezentują Ukrainę od zupełnie innej strony. Wszystko tam jest szare, brudne, ubłocone, często prowizoryczne. Sczerek nie opisuje najsłynniejszych zabytków, chadzając raczej bocznymi ścieżkami i podróżując raczej z autochtonami po prowincji, niż wydeptując turystycznie popularne ścieżki. Całość okazuje się bardzo podobna do Polski, co skłania autora do przemycania w tak zwanym międzyczasie trochę ogólnych spostrzeżeń na temat Polaków, naszych stosunków z sąsiadami oraz zderzania naszej wizji Ukraińców z ich wyobrażeniami o Polakach. Dostaje się jednym i drugim w zasadzie po równo. Może Polakom nawet bardziej, bo tych przemyśleń na temat Polski i Polaków jest chyba w tej książce więcej niż o samej Ukrainie, która stanowi bardziej punkt odniesienia do rozważań na tematy bardziej ogólne, niż same podróże.

Znowu wrócę do bliźniaczej „Europy B”, ponieważ część motywów powtarza się w jednej i drugiej książce. Akurat w „Mordorze” idea Polaków jako potomków chłopów na siłę starających się żyć jak wielcy mieszczanie i elita jest rozwinięta bardziej niż w tej drugiej pozycji, a znowu anegdotyczna opowieść o specyficznych egzorcyzmach szerzej przedstawiona jest w „Europie B”. Powtarzających się elementów na szczęście jest bardzo mało, nie można więc mieć pretensji do autora, że próbuje naciągnąć czytelników kilka razy na dokładnie to samo.

Oczywiście to, co najbardziej podobało mi się w „Europie B”, czyli kwiecisty, przepełniony epickimi porównaniami język jest tutaj jak najbardziej obecny. W zasadzie dla mnie te porównania, garściami czerpiące z historii oraz popkultury robią całą książkę. Oprócz tego jest trochę wulgarnie, ale tym razem bez przesady, przez co czyta się to lepiej.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to trochę do stereotypowego i jednostronnego podejścia do tematu. Ukraina jest w tej książce brzydka, zacofana, biedna i obskurna. Aż mi się nie chce wierzyć. Oczywiście w połowie całości, w reportażu na temat gonzo-pisania i gonzo-podróży wszystko jest wytłumaczone, dlaczego tak a nie inaczej, ale jednak mam do tego jakiś bliżej nieokreślony dystans.

Jeżeli komuś miałbym zasugerować poczytanie sobie Szczerka, to na początek poleciłbym właśnie „Przyjdzie Mordor i nas zje”, bo jest to pozycja bardziej spójna, bardziej równa i łatwiejsza w okiełznaniu od „Europy B”. Czysta się to bardzo dobrze, uśmiech na ustach pojawiał się u mnie często, dzięki świetnemu, trochę barokowemu stylowi, w jakim Szczerek pisze, bo treść wcale nie nastraja do śmiechu. Forma jednak jest mistrzowska i warto chwilę na przeczytanie tej książki poświęcić (to mówiłem ja, Jarząbek).