Sense8

Serial science-fiction rodzeństwa Wachowskich. Ale takie to science-fiction przyczajone jest. Nie ma robotów, nie ma statków kosmicznych, nie ma kosmosu, nie ma obcych. Jest za to pół współczesnego świata, bo akcja skacze z Chicago do Nairobi. Z Seulu do Berlina. Z Mexico City do Bombaju.

Pomysł kręci się wokół ośmiu postaci rozrzuconych po całym świecie, które powoli (słowo klucz!) odkrywają, że pomiędzy nimi istnieje tajemnicze połączenie, pozwalające na chwilowe przekazywanie sobie nawzajem ciał. Jakkolwiek by to głupkowato nie brzmiało. Dopaść ich wszystkich próbuje tajemniczy człowiek o pseudonimie artystycznym”Whispers”, który za punkt honoru postawił sobie likwidację ludzi posiadających moc telepatii.

W taki sposób Netflix ten serial reklamował. Ja więc spodziewałem się jakiegoś serialu, w którym grupa ludzi ma do zrealizowania jakiś trudny w realizacji cel (nie wiem no – dostać się to jakiegoś pilnie strzeżonego miejsca, znaleźć jakieś trudno dostępne informacje, uciec przed kimś w nieszablonowy sposób), ale żeby go osiągnąć będą musieli współpracować, wykorzystując swoje najlepsze cechy. W taki sposób zrealizowany jest jeden odcinek. Ostatni. Przez jakieś 10 godzin „Sense8” to serial obyczajowy z tendencją do melodramatu. Zawierający lokowanie bollywoodzkich tańców (i to ostatnie nie jest nawet wadą).

Część moich przewidywań się sprawdziła – każdy z bohaterów ma jedną umiejętność wykształconą dużo lepiej, niż pozostali. Jest hakerka, jest policjant, jest businesswoman, która przy okazji zna wschodnie sztuki walki, jest chemiczka i jest ślusarz z mafijną przeszłością. Jest dj’ka (której kluczową rolą dla fabuły jest bycie kluczową rolą dla fabuły), jest kierowca i jest aktor. Każdy ma swoją rolę do odegrania, każdy przynajmniej raz okaże się niezbędny innej osobie, aż na końcu wszyscy „spotkają się” na jednej misji, wymagającej od każdego użycia tego, co ma najlepsze.

Ostatni odcinek pierwszego sezonu jest super. Odpowiednio dawkowana akcja, jasny cel, zwroty akcji. Problemem jest te jedenaście odcinków prowadzących do tego finału. Przez pierwsze trzy, cztery odcinki to jest po prostu globalna telenowela – siostry Wachowskie z detalami przybliżają obyczajowe problemy każdego z ośmiu bohaterów. Na początku serialu w ogóle nie wiadomo, co mogłoby łączyć poszczególne wątki ze sobą. A gdy już jakaś wspólna nić się pojawia, to wlecze się powoli, wspominana raczej urywkami zdań. Jakaś główna oś fabularna na poważnie zaczyna się klarować w okolicach trzech czwartych sezonu. Wcześniej najważniejsze jest rozwiązać wątki poszczególnych postaci – czasami robią to samotnie (co jest o tyle frustrujące, że nie o tym miał być ten serial!), część za pomocą swojego magicznego połączenia, ale raczej nieświadomie.

Same postaci to swoją drogą bardzo ciekawa mieszanka – jest transseksualna kobieta, która przy okazji jest lesbijką. Jest Koreanka, współwłaścicielka ogromnej korporacji, jest Meksykanin – gwiazda lokalnych filmów, który ukrywa przed światem swoją orientację seksualną. Jest berliński ślusarz, który ma przeszłość w rosyjskiej mafii. Na ich tle nigeryjski kierowca, islandzka dj’ka, chicagowski policjant czy hinduska chemiczka wydają się nudni. I w gruncie rzeczy tacy są. A jeżeli pomysły na postać nie są nudne, to na pewno po czasie zaczną wkurzać swoim zachowaniem.

Jedno trzeba oddać twórcom serialu – zdjęcia są świetne. Każda lokalizacja ma swój klimat, różny od pozostałych, w każdej autorzy zdjęć pokazują takie pejzaże, że zapiera dech. Wszędzie jest mnóstwo kolorów. Warto oglądać w HD. Jednak dla samych widoków nie za bardzo warto…

…chyba, że potencjalny widz się odpowiednio nastawi. Jako popołudniowy serial obyczajowy do obiadu może się nadać. Ja jednak zostałem zmylony opisami sugerującymi duży nacisk na sferę fantastyczną, a ona jest w zasadzie marginesem. Ale wiedząc jak to wygląda pewnie bym się za ren serial nie wziął. Ale wynudził mnie na tyle, że po raz pierwszy oglądając serial zacząłem robić coś innego, na przykład czytać jakieś artykuły w internecie. I wiele fabuły mi nie uciekało.

Nie wszystko złoto, co od Netfliksa. Warto sobie to zapamiętać, bo teraz wychodzi tego tyle, że nikt nie jest w stanie obejrzeć wszystkiego, co Netflix produkuje, więc trzeba wybierać. Według mnie „Sense8” można sobie spokojnie darować.