Sherlock, sezon 4

Minęły właśnie te dwa tygodnie w ciągu trzech lat, w czasie których serial „Sherlock” jest tymczasowo nadawany. Czwarty sezon to jak zawsze trzy odcinki po półtorej godziny. Po raz kolejny – zanim się człowiek wkręcił już jest dawno było po wszystkim. Oczekiwania dotyczące tych odcinków rosły z każdym dniem i chyba przekroczyły masę krytyczną. To znaczy, że nie było szans, aby wszyscy byli zadowoleni po ich obejrzeniu, jak dobre by one nie były.

Będą spojlery.

Ale odstawiając na bok cały „hype” związany z samym serialem, a także tymi aktorami i tymi postaciami, coś jednak w czwartym sezonie nie grało.

Przede wszystkim dla autorów „Sherlocka” zagadki, które ten, jakby nie było, detektyw ma rozwiązywać, są tematem pobocznym. Największy nacisk jest kładziony na uspołecznianie Sherlocka Holmesa i próbę odpowiedzi na pytanie, czy jest on dobrym człowiekiem, czy nie. To, czy ma on w tym samym czasie coś innego do roboty nie ma większego znaczenia. W zasadzie tylko drugi odcinek jest typowo „szerlokowy”, czyli taki, w którym centralną osią fabularną jest jakaś zagadka do rozwiązania. Ale też nie do końca, bo akurat tam Holmes wie kto zabija, ale nie umie tego udowodnić. Pozostałe dwa odcinki to takie trochę „odskocznie od standardu”.

Tutaj się jednak zatrzymam na dłuższą dygresję. Najwyraźniej Steven Moffat z Markiem Gattisem (scenarzyści całego zamieszania) bardzo boją się wpaść w rutynę i sztampę kolejnych odcinków tworzonych według ścisłego szablonu (idealnym przykładem takiego typu serialu, po angielsku zwanego „proceduralem” był „Dr House”, który dopiero w ostatnim sezonie zaczął się zmieniać). Tylko, że w przypadku „Sherlocka” ciężko o znużenie wśród widzów, choćby z tego powodu, że do tej pory powstało (w sumie!) 13 odcinków. Pierwsze sześć (dwa sezony) to rzeczywiście pewien szablon. W ciągu ostatnich dwóch sezonów, czyli trzech lat, tylko dwa odcinki („The Last Vow” i „The Lying Detective”) opierały się na zagadce do rozwiązania. Pozostałych pięć (!) było wariacją na temat postaci. Dla mnie ten chaos, którego nie było na początku serialu, jest bardziej męczący niż gdyby wszystko było na jedno kopyto.

Wracając jednak do ostatniego sezonu – pomysł rozwiązywania spraw, które mogą zaważyć o przyszłości świata, to dla mnie nie jest klimat Sherlocka Holmesa. Pomysł będący z resztą rozwinięciem wątków z poprzedniego sezonu – to nie było nic nowego. Brytyjczycy od tego mają Bonda. Dlatego cały wątek Mary wydaje mi się kompletnie nie pasować do serialu.

Superinteligentna siostra Sherlocka może była świetnym pomysłem na wątek, ale jego realizacja, a szczególnie zakończenie mnie mnie rozczarowała. Bo ona mogła mu powiedzieć „ej, bracie, musimy pogadać, bo ja sobie z życiem nie radzę i jest mi smutno i w ogóle”. Zamiast tego zrobiła wszystkim bohaterom bardzo zaawansowany escape room, wcześniej od nich uciekając w jedyne miejsce, w którym można było jej szukać. Efekt zupełnie nieadekwatny do poniesionych kosztów (albo to ja nie zrozumiałem głębi tego odcinka).

W zasadzie twórcy „Sherlocka” robią z tytułowym bohaterem to samo co pomysłodawcy „The Big Bang Theory” z Shledonem Cooperem. Na początku był on w każdym aspekcie oderwany od życia społecznego, ale z każdym sezonem staje się coraz bardziej ludzki.

Żeby nie było – narzekam, bo mi się nawarstwiło denerwujących rzeczy w tym serialu. Czy się mimo to nudziłem podczas oglądania? Ani przez minutę. Czy słabo mnie te filmy bawiły – ani trochę – Sherlock w dalszym ciągu jest Sherlockiem, mówi z prędkością miniguna, rysuje w powietrzu rozwiązania zagadek i robi wszystkie szerlokowe rzeczy, do których przyzwyczaił. Więc zabawa była przednia. Szczególnie we fragmentach, w których rozwiązywane były jakieś zagadki (ten cudowny początek „The Six Thatchers” z tajemniczą śmiercią młodego człowieka w samochodzie).

Tylko scenarzyści uciekają w bardzo dziwnym kierunku, który nie do końca na razie mi się podoba.

Zakończenie tego sezonu jest na tyle niejednoznaczne, że nie zdziwiłbym się, gdyby piąty sezon nie powstał. Daje ono też możliwość „świeżego startu” i wypróbowania innego (kolejnego) pomysłu na serial. Czekam, ale nie nastawiam się specjalnie. Bo po co, skoro i tak trzeba będzie czekać ze trzy lata…