Siedmiu wspaniałych. King Crimson, Zabrze, 17.09.2016

Już sama informacja o koncertach King Crimson wywołała u mnie niezdrowe emocje. Bo ten zespól częściej nie istnieje, niż oficjalnie działa. A koncertuje jeszcze rzadziej. Europejska trasa obecnej inkarnacji zespołu odbyła się w 2015 roku, bez imprezy w Polsce, ale została powtórzona rok później tym razem z czterema (!) wstępami w Polsce. Ja wybrałem sobie sobotni koncert w Zabrzu (bo bliżej z Krakowa niż do Wrocławia).

King Crimson to zawsze był zespół poszukujący nowych ścieżek. Nie inaczej jest tym razem, bo już skład osobowy jest zadziwiający. Człowiek wchodząc na widownię przed koncertami widzi to:

kc-2016-1

Z przodu sceny, odwrotnie niż robi to „cały świat” trzy zestawy perkusyjne. Trzy. T-r-z-y! Sam widok pobudza wyobraźnię i powoduje takie emocje, że człowiek aż przebiera nogami jak dziecko pierwszokomunijne na widok kopert z „prezentami”. A jakież to prezenty za parę chwil miał dać zespół? (tupania nogami przy wypełnionym po brzegi Domu Muzyki i Tańca nie polecam, bo duszno tam jest niemożebnie i człowiek poci się siedząc bez ruchu).

Zespół podczas koncertów skupia się na latach 70-tych. Trzy perkusje i „Red„. Trzech perkusistów i „Larks’ Tongues in Aspic” (i to grając nie jeden fragment, ale dwie pierwsze, klasyczne części tego utworu). Siedmiu facetów grających obszerne fragmenty „In the Court of the Crimson King„. Tak. Tak, TAK!

Siedmiu wspaniałych. W pierwszym rzędzie Pat Mastelotto (wieloletni muzyk King Crimson), Gavin Harrisson (kiedyś Porcupine Tree) raz Jeremy Stacey (Noel Gallagher’s High Flying Birds, ale także współpraca z wieloma wielkimi nazwiskami rocka), zastępujący w tym roku Billa Rieflina. Ten trzeci, usadzony na środku sceny czasami odkładał na bok pałeczki,aby odgrywać partie klawiszy. Za nimi stali Mel Collins, którego flety i saksofony uświetniały płyty King Crimson jeszcze w latach 70-tych, Tony Levin grający na różnych basowych instrumentach (łącznie z elektrycznym kontrabasem) oraz Jakko Jakszyk, odpowiadający za wokale i drugą gitarę. Drugą, bo prowadzącą oczywiście dzierżył w rękach siedzący na skraju sceny mózg całego projektu, maestro Robert Fripp.

kc-2016-2

Ich wyjście poprzedził komunikat, że robienie zdjęć w czasie koncertu jest zabronione, a złamanie zakazu może grozić wyproszeniem z koncertu. I ludzie posłuchali. W czasach, gdy całe koncerty widownia ogląda przez ekran smartfona nikt nie zrobił zdjęcia z lampą błyskową.

Jeżeli chodzi o doznania wizualne, to ten koncert był całkowitym zaprzeczeniem słowa „show”. Światła był statyczne, przez (prawie) cały koncert ustawione w jeden sposób, oświetlając zespół na żółto i niebiesko. Za muzykami zaledwie płachta podświetlona na fioletowo. Tyle. Tylko na sam koniec oświetlenie płynnie zmieniło kolor na krwistą czerwień (rozumiecie – karmazyn). Muzycy po prostu grali swoje partie nie ruszając się ze swoich miejsc i nie zagadując publiczności w żaden sposób. Utwór za utworem z 20-minutową przerwą w połowie.

A grali tak, że tego się nie da opisać. Ba! Nawet album będący zapisem zeszłorocznych koncertów nie oddaje potęgi tego, co dzieje się na koncertach Karmazynowego Króla.

Wyszli i zaczęli stroić instrumenty. A później proces gniecenia uszu widowni. „The Hell Hounds of Krim” to nowa, przygotowana przez ten skład improwizacja na trzy zestawy perkusyjne, której główny motyw grany jest równocześnie przez wszystkich trzech pałkerów. Było głośno, było wyraźnie i było to tak wysterowane, że było słychać który perkusista aktualnie gra (bo najczęściej na koncertach to perkusja sobie gra, ale jakby zamknąć oczy, to nie wiadomo skąd dobiega dźwięk). Płynnie przeszli do pierwszej części „Larks’ Tongues in Aspic„. Tutaj po raz pierwszy znalazło się miejsce na solową improwizację jednego z muzyków – Mel Collins miał chwilę na swój popis gry na flecie. Szybko odjechał od standardowej solówki znajdującej się na płycie w rejony, w których było miejsce i na „Lot trzmiela” oraz… „Mazurka Dąbrowskiego„! Tani chwyt, ale publiczność mieli w garści. Mieliby ją tak czy tak, ale dzięki takim zagraniom można poczuć się wyjątkowo.

kc-2016

Zdecydowanie nie był to koncert dla laików, bo przez większą część była to muzyka bardzo trudna w odbiorze, zahaczająca o pozorną kakofonię, niesamowicie skomplikowana, pełna smaczków. Z drugiej strony były monumentalne hymny, choćby „The Court of the Crimson King” – ten akurat skrócony o wszelkie improwizacje, czy „Cirkus„, który wybrzmiał zjawiskowo. Z drugiej strony, dla mało wprawionego w rock progresywny ucha dłuższe fragmenty tego koncertu mogły być co najmniej irytujące – chaos, muzycy, wydawałoby się, grający „każdy swoje” bez jakiegoś kierunku czy porządku, ale taka jest też ogólnie muzyka King Crimson – niełatwa, skomplikowana, zawierająca oprócz przepięknych melodii także jazzujące improwizacje i kosmiczne odloty w chaos („The Letters„, „Level Five” czy „Fracture„).

O setliście mógłbym w zasadzie bez końca. Bo przecież zagrali fragment suity „Lizard„. Bo był i „Red„, który hipnotyzował grą perkusistów (podział ról mógłby być tematem na osobny wpis) i obie części „Larks’ Tongues in Aspic” i „Epitaph„. I o dziwo epitafium, jeden z moich najulubieńszych utworów King Crimson, jest chyba jedynym momentem, do którego bym się przyczepił. Ale tylko dlatego, że nie zabrzmiał tak potężnie, jakbym tego chciał. I że przejścia pomiędzy kolejnymi fragmentami były płynne a nie jakby krojone nożem, jak na płycie. Ale to nie umniejsza piękna tego cudownego utworu. I jego interpretacji przez ten skład, bo było magicznie.
Na bis zagrali „21st Century Schizoid Man” z taką werwą, mimo ponad dwóch i pół godziny szaleńczo wręcz trudnej i opętańczo skomplikowanej gry w taki sposób, że buty spadały, a po szczękę trzeba było zrobić trzy kroki, żeby się schylić. Przedłużyli go do jakiś 15 minut, dając się na koniec wyżyć Harrissonowi (jakby wcześniej odpoczywał…) w niesamowitej solówce, po której nawet Mastelotto bił brawo.

I przede wszystkim zagrali „Starless„. Ja o samym „Starless” mogę bardzo długo, bo to jest utwór wybitny. Najsmutniejszy utwór świata. Wypełniony wszystkimi emocjami – smutkiem, żalem, wściekłością, rezygnacją. Wspaniała melodia. Bezbrzeżnie smutny tekst. Wściekłość podczas kulminacji i paraliżujący żal niosący się w połowie utworu przez te parę minut wyciszenia, które prowadzą do wybuchu wręcz agresji później. I to wszystko można było poczuć na żywo. Zagrane przez człowieka, który to wymyślił. Moment absolutnie wybitny, spotęgowany krwistą czerwienią, która wypełniła salę na końcu utworu.

Jeżeli przed koncertem miałem jakieś obawy, to było to zderzenie głosu Jakszyka z bardziej agresywnymi utworami, bo to co do tej pory słyszałem w jego wykonaniu było bardzo delikatne i subtelne. Ale jak wykrzyczał podczas „The Letters” fragment „Impaled on nails of ice” z wściekłością i energią młodzieniaszka, to wiedziałem, że nic mu nie straszne. Pozostali muzycy to absolutnie światowa klasa. Brzmienie wszystkiego było równie rewelacyjne, jak gra muzyków – wszystko było słychać – każde uderzenie w bęben, każde uderzenie w strunę.

Jeden z moich najważniejszych koncertów w ogóle. Kto nie był – niech żałuje, bo działa się historia.