You’d like to fuck my code, wouldn’t you? Silicon Valley

Czasami HBO zdarzy się pokazać serial bez nagości i odrąbywania ludziom głów tępym narzędziem. Rzadko, ale się zdarza. W przypadku „Silicon Valley”, aby nie wywołać szoku u widzów czekających na nagie biusty i hektolitry krwi, na cały sezon składa się zaledwie osiem półgodzinnych odcinków. Serial na jeden wieczór, ale całkiem niezły.

Serial opowiada o Richardzie Hendricksie, młodym programiście zatrudnionym w ogromnej korporacji w Dolinie Krzemowej, który poza swoją pracą wciela w życie prywatny pomysł na aplikację, która ma ułatwiać właścicielom praw do muzyki stwierdzenie, czy podany utwór nie jest przypadkiem plagiatem innego. Tworzy go w inkubatorze przedsiębiorczości, czyli w mieszkaniu innego programisty, Erica Bachmana, który kiedyś za duże pieniądze sprzedał swój własny projekt, a teraz stara się zarabiać użyczając swój dom młodym i ambitnym programistom, w zamian za udziały w ewentualnych zyskach z ich aplikacji.
Całkiem przypadkiem okazuje się, że za dziwacznym pomysłem Richarda stoi algorytm kompresji, który może postawić świat na głowie. Richard staje przed wyborem odsprzedania swojej aplikacji korporacji w której pracuje lub stworzenia własnej firmy, która może w przyszłości zarabiać miliardy.

sv1

Generalnie serial opowiada o perypetiach stereotypowych programistów, którzy stają przed kolejnymi problemami niedoświadczonych przedsiębiorców. Pojawiają się problemy z nazwą projektu, która już jest zajęta przez człowieka z zupełnie innej branży, problemy z napisaniem biznesplanu, znalezieniem odpowiedniego logo, zwolnieniem z pracy najlepszego kolegi (bo nie wnosi nic do projektu) itd. Na to wszystko nakłada się stereotypowy, podniesiony wręcz do rangi sztuki introwertyzm głównego bohatera. A do tego dawny pracodawca Richarda stara się rozgryźć jego pomysł i równocześnie przygotować identyczny projekt, mając do dyspozycji armię ciężko opłacanych programistów.

Serial ujmuje swoją otoczką. Bo same żarty są bardzo stereotypowe. Kręcą się z jednej strony wokół nieporadności życiowej programistów, z drugiej, w okolicach rozporka (w jednym z odcinków przez pięć minut debatują nad algorytmem najbardziej optymalnego zaspokajania wszystkich na konferencji w ciągu 10 minut), a z trzeciej – poruszają tematy nowoczesnych technologii. Mieszanka potencjalnie wybuchowa, ale oparta na stereotypach. Postaci jednak napisane są na tyle dobrze, że zamiast zażenowania, jakie mam ostatnimi czasy oglądając „The Big Bang Theory”, pojawia się uśmiech na twarzy. Najciekawszą osobistością całego serialu jest zdecydowanie właściciel inkubatora, który jest zapatrzony w siebie jak w obrazek, a jego idolem i guru jest Steve Jobs (obowiązkowa scena w golfie i jeansach oczywiście jest).

sv4

Jeszcze lepszym pomysłem jest wrzucenie bohaterów w rzeczywisty świat. Sama korporacja hooli nie istnieje, aczkolwiek co chwila w serialu pojawiają się odniesienia do rzeczywistych przedsiębiorstw, osób i produktów. Nawet sama czołówka serialu zawiera logotypy wielkich korporacji mających siedzibę w Dolinie krzemowej – Facebooka, Google’a, hp, Oracle’a czy Intela. A balon z logiem Napstera, który najpierw się wznosi, aby zaraz opaść jest w punkt trafioną opowieścią o tej firmie trwającą dwie i pół sekundy ;). Niektórzy wielcy świata IT (i nie tylko oni – cały serial otwiera Kid Rock) grają samych siebie – już w pierwszym odcinku pojawia się Eric Schmidt, prezes Google’a, ale także niektóre fikcyjne postaci mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Postać Petera Gregory’ego stworzona jest na wzór inwestora i miliardera Pethera Thiela, zaś prezes hooli.com ma przypominać prezesa salesforce.com Marka Benioffa.

Silicon_valley_title

Serial dość celnie punktuje absurdy współczesnego, technologicznego świata, gdzie wszyscy próbują wymyślić aplikację, która w jakiś sposób ma „ułatwić życie” wszystkim dookoła. W serialu nawet lekarz ma pomysł na wybitną aplikację, a brakuje mu tylko miliona dolarów, aby swój genialny projekt wcielić w życie. Z drugiej strony pokazane są te aplikacje w działaniu, które nie zawsze jest perfekcyjne – ot, asystent głosowy nie jest w stanie rozpoznać komendy „zagraj „Imagine” Johna Lennona.

Serial jest dużo bardziej nerdowski niż „The Big Bang Theory”. Większość żartów, które pada, wymaga pewnej orientacji we współczesnych technolgiach, świecie tabletów, smartfonów i innych gadżetach. Może nie wymaga wiedzy programistycznej (wtedy byłoby to absolutnie niestrawne dla nikogo), co ogólnie technologicznej. Żart z wielu zakończeń Mass Effecta 3 zrozumieją jednak tylko ci, którzy skończyli całą trylogię i widzieli bezsens zakończenia świetnej skądinąd serii gier. Niemniej te wspomniane przeze mnie stereotypowe żarty z programistów mogą śmieszyć, o ile ktoś lubi po raz kolejny być zabawiany tymi samymi dowcipami. Showrunnerem serialu jest z resztą Mike Judge, twórca „Beavisa i Buttheada”, który też pewnego zorientowania się w ówczesnych trendach muzycznych wymagał do pełnego zrozumienia dowcipu.

sv2

Ponieważ całość trwa w sumie cztery godziny, można spokojnie polecić ten serial każdemu, bo wiele czasu nie zmarnuje, a niektóre żarty są naprawdę śmieszne. Właśnie rozpoczyna się drugi sezon, więc jest to dobry moment na poznanie historii powstania „Pied Piper”.