Survivors. House of Cards, sezon 3.

[Disclaimer] Niektóre informacje zamieszczone poniżej mogą zostać uznane za spojlery wielkości Air Force One. Niemniej od premiery serialu upłynęło tyle, że każdy kto chciał, to obejrzał, a kto nie obejrzał, ten nauczył się omijać niewygodne fakty 😉 Ale ostrzegam, że nawet nie próbowałem się wić w taki sposób, aby niczego nie zdradzić.

Netflix po raz trzeci zaprasza za kulisy życia amerykańskich wyżyn politycznych. Frank Underwood dopiął swego, metodami godnymi własnej osoby, przez co wszelkie jego nowe pomysły oczywiście będą miały trochę pod górkę. Najciekawsze w trzecim sezonie „House of Cards” jest jednak to, że nie do końca jest on serialem o Franku Underwoodzie. I to jest tylko jedna ze zmian, jakie przyniósł trzeci sezon tego serialu.

ustv-house-of-cards-season-3

Chyba nie było nikogo, kto by pomyślał, że Frank Underwood po wydarzeniach z poprzedniego sezonu będzie mógł w spokoju rozsiąść się w fotelu w Gabinecie Owalnym i popalać papierosy z Claire, ciesząc się pozycją, do której oboje od początku dążyli. Spalona ziemia zostawiona na drodze do Białego Domu wielokrotnie stanie mu na drodze, razem z bardzo nieoczekiwanymi atakami ze strony, która była zawsze tą najpewniejszą.
Pewną zagadką był kierunek, w jakim pójdą wydarzenia w serialu, ponieważ cel, do jakiego Frank dążył przez 26 odcinków został zrealizowany na końcu drugiego sezonu. Dość szybko następuje jednak wyznanie wiary, w którym Frank sam mówi, że chce być zapamiętany jako ważny prezydent, a nie tylko kolejny portret wiszący na ścianach Białego Domu. Dlatego wymyślił projekt, który zagwarantuje Amerykanom pracę. Na to nałożą się oczywiście problemy międzynarodowe (tym razem Rosja) oraz zbliżające się partyjne prawybory.

Twórcy pomiędzy drugim a trzecim sezonem zmienili konwencję serialu. To nie jest już serial bezpośrednio o Franku Underwoodzie. Dość powiedzieć, że w pierwszym odcinku nie pojawia się on jako bohater chyba ani jednej sceny – występuje zaledwie jako tło, w relacjach telewizyjnych oglądanych przez innych bohaterów. Cały początek trzeciego sezonu skupia się na osobie Douga, który, jak widać, nie zginął śmiercią tragiczną. Z resztą niemiła to niespodzianka, bo zastosowano najbardziej chamski i niskich lotów zabieg serialowy, na jaki scenarzyści mogli wpaść. Pod koniec drugiego sezonu wydaje się, że on ginie, aby później powrócić bez wgłębiania się w technikalia tego powrotu – po prostu pojawia się w szpitalu. Z drugiej strony nie wiem co słabsze – wyciągnięcie postaci z kapelusza z pokerową twarzą „przecież przeżył”, czy próba dokładnego wytłumaczenia, jakim cudem mógłby przeżyć. Tak czy owak – słabe to. Na Dougu skupiają się pierwsze dwa odcinki, a i później jego wątek jest szalenie ważny, ale mnie on zainteresował dopiero pod koniec, gdy jego cierpliwość w końcu zaczęła się wyczerpywać… Druga zmiana – gdy już Frank pojawia się na ekranie to nie zwraca większej uwagi na widza. Burzenie czwartej ściany i dialog z widzami, czyli coś, co budowało ten serial przez pierwsze dwa sezony, zostało zepchnięte na margines. Za to jak już Frank ma coś do powiedzenia wprost do kamery, to jest to prawie zawsze bardzo ważne i bardzo symboliczne, np. na końcu odcinka moskiewskiego – motyw wprawdzie powtórzony po pierwszym odcinku drugiego sezonu, jednak znowu trafiający w punkt oraz bardzo mocny w swojej wymowie.

HouseofCards-Moscow1

Prawdziwą bohaterką trzeciego sezonu „House of Cards” jest jednak Claire Underwood. Ona staje się nieoczekiwanie kolejnym wrogiem Franka, co chwila utrudniając mu pracę, nie robiąc tego jednak z wrogości. Twórcy serialu starają zbudować portret osoby, która osiągnęła swój cel, ale okazało się, że rola, jaką ma odgrywać u boku prezydenta Underwooda jest dla niej za ciasna. Stąd prośba o pozycję ambasadora USA przy ONZ, stąd incydent moskiewski. To właśnie ten mocno zaakcentowany wątek psychologiczny, bardzo słabo powiązany z polityką; wątek, w którym Frank nie jest podmiotem, ale przedmiotem, odróżnia ten sezon od poprzednich dwóch. Chyba właśnie ta zmiana klimatu serialu powoduje, że niektórzy narzekają, że ten sezon już tak nie porywa. Ja mam zdanie dokładnie przeciwne – to dzięki tej zmianie serial wciąż jest taki dobry. Nie ma czasu na tkanie misternej intrygi przez cały sezon, dlatego inne wątki dość szybko znajdują rozwiązanie – czy to wprowadzenie programu „America Works”, czy rozwiązanie problemów z Rosją – zamiast przez cały sezon najpierw piętrzyć problemy, później pokazywać pozornie nieskoordynowane działania, aby na końcu dostarczyć przebiegłe rozwiązanie, sprawy załatwia się szybko i bez zbędnych ceregieli. Zamiast wykorzystywać Sekretarz Stanu do dyplomatycznych działań, bierze się prezydenta Rosji, prowadzi do piwnicy Białego Domu i po męsku wyjaśnia sprawę – szybko i konkretnie. To jest fundamentalna zmiana w postawie Franka, która bardzo przyspiesza narrację i pozwala z jednej strony wprowadzić wiele wątków, z drugiej bardzo ułatwia odbiór całości, bo pogubić się teraz jest dużo trudniej.

Słowa uznania należą się za całą postać prezydenta Rosji, który swoim zachowaniem i poglądami bardzo przypomina Putina. Nie jest on przedstawiany tak jak w polskich mediach jako ktoś bliski obłąkania, ale jako bardzo rozsądna postać, która zna swoją pozycję, ale jest również bardzo rozsądna, inteligentna i przebiegła. Bardzo dobrze odegrał ją Lars Mikkelsen. Wszelkie aktorskie pochwały należą się jednak Robin Wright, która zaczyna podkradać show Kevinowi Spacy’emu.

maxresdefault

Ostatnie sceny znowu zostawiają widzów z otwartymi szczękami i narkotykowym głodem kolejnych odcinków. Potwierdzenie, że takowe zostaną nakręcone nie było potrzebne – tak tego się zostawić nie da i początek czwartego sezonu na pewno będzie spektakularny. Ja się nie mogę już doczekać.