The West is the best. Tak jak trójkowy „Top wszech czasów”

Noworocznej tradycji stało się za dość i cały pierwszy stycznia spędziłem przykuty do radioodbiornika, aby wysłuchać utworów, które znam na pamięć. W tym roku jak włączyłem radio, to akurat Ironi grali „Fear of the Dark”. Pozycja 97. Przez kolejne 10 godzin byłem raczej wyłączony z innej aktywności.

Cała lista do dość ciekawe zjawisko kulturalno-społeczne. Pomimo, że głosować może każdy – formularz wymaga w zasadzie podania tylko maila – to co roku, od ponad dwudziestu lat, jej kształt się nie zmienia. Wiadomo, że będzie dużo Pink Floyd, Led Zeppelin i Republiki, że wygra albo „Stairway to Heaven” albo „Brothers in Arms”, że bardzo wysoko będzie „Again” Archive, że utwory śpiewane przez solistki będzie można policzyć na palcach jednej ręki (prowadzący podali, że w tym roku w pierwszej setce takie są dwa – jeden Adele i jeden Sinead O’Connor). Choć dopiero w tym roku zauważyłem, że proporcjonalnie dużo jest Metallicy.
Ogromną zaletą tej audycji jest nieskracanie niczego. Jak utwór trwa 15 minut, to prowadzący przez kwadrans będzie miał wolne. Tak więc jest to jedna z niewielu okazji, aby w radio usłyszeć „Hey Jude”, czy „Bohemian Rhapsody” w całości (a one trwają zaledwie po 7 minut), nie mówiąc już o „Shine On You Crazy Diamond” czy wspomnianym wcześniej „Again”.

Tak czy inaczej w słuchaniu „topu” nie chodzi o rywalizację pomiędzy fanami poszczególnych kapel rockowych. Nie chodzi tak bardzo, jak to tylko możliwe. To jest sentymentalna podróż w przeszłość. Bo każdy utwór coś ze sobą niesie. I nie chodzi o to, że „Wind of Change” Scorpionsów ma wszystkim przypomnieć początki „Solidarności”, a „Hey Joe” o hipisach i festiwalu w Woodstock. Nie chodzi też o wybór piosenek „najlepszych” według jakiś bardziej lub mniej wyrafinowanych kryteriów (bo gdyby chodziło o liczbę sprzedanych egzemplarzy płyt, to powinien wygrywać „Thriller” Michaela Jacksona, a gdyby to miały być piosenki, które były tymi „pierwszymi” czy „rekordowymi”, to lista byłaby prezentacją dyskografii Beatlesów).

Chodzi o prywatne wspomnienia i doświadczenia nierozerwalnie związane z tymi utworami.

Ile ja utworów poznałem dzięki „topowi”! Od Dire Straits („co to za utwór co ciągle wygrywa?”), przez te nie-będące-schodami-do-nieba utwory Led Zeppelin po wprowadzenie do King Crimson. To „top” mi pokazał, że „White Dove” Scorpionsów oryginalnie jest po węgiersku i ma nie do wymówienia tytuł.


[kiedyś „top” nie był prezentowany w Nowy Rok – czasami był rozkładany nawet na kilka dni i dopiero od paru lat wypełnia całą noworoczną ramówkę programu trzeciego Polskiego Radia]
Przygotowywaliśmy za czasów licealnych salę na zabawę sylwestrową i musiałem mieć niesamowitą minę, jak rzuciłem całą robotę w kąt i przez parę minut stałem w osłupieniu słuchając gitary Jimmy’ego Page’a w „Since I’ve Been Loving You”. itcotkc-coverInnym razem dzienna porcja klasyki rocka się skończyła, a ja zacząłem przeszukiwać kolekcję płyt i kaset taty w poszukiwaniu jakiś nagrań King Crimson, bo ten „Epitaph” to jednak kawał dobrej muzyki. Chichot historii polegał na tym, że pacholęciem będąc panicznie bałem się okładki „Dworu Karmazynowego Króla” (btw – pokażcie tą grafikę, najlepiej wielkości płyty winylowej, paruletniemu dziecku – zapewne będziecie go szukać po drugiej stronie mieszkania).

I takie wspomnienia wracają przy właściwie każdym utworze.

A ja dodatkowo polecam stworzyć sobie atmosferę. Zgaście sobie światła i posłuchajcie pierwszych pięciu części „Shine On You Crazy Diamond” Pink Floyd w całkowitej ciemności. Magia. Albo perkusyjnego wstępu do „Time” tych samych Floydów. Albo „Brothers in Arms” Dire Straits. W tym ostatnim aż czuć wilgoć od tej mgły spowijającej góry – obecnie domu dla żołnierzy przybyłych tam walczyć z terenów nizinnych.

Każdy z osobna ma swój prywatny top wszech czasów. Jak zaczynałem słuchać tej audycji trochę się wewnętrznie wzburzałem, że Pink Floyd są tak nisko i nie wypełniają szczelnie pierwszej dziesiątki i że to jest skandal i co to jest to Dire Straits. Z czasem dopiero dotarło do mnie, że ta lista to tylko taka sugestia.

W moim prywatnym „topie” na pewno znalazłoby się miejsce na „Starless” King Crimson. Mimo, że po „Starless” doła mam średnio tydzień (ale jaką radochę miałem dwa lata temu, gdy ten utwór zmieścił się w pierwszej setce). „Mama” od Genesis pewnie by się jednak nie zmieściła do pierwszej setki, ale zamiast niej bezsprzecznie znalazłyby się „No Son of Mine” czy „Dancing With the Moonlit Knight”, a przede wszystkim „Calling All Stations”, którą zna może 20 osób, mimo, że to utwór z płyty słynnego Genesis. Na pewno na moim prywatnym topie byłoby miejsce miejsce dla utworów nowszych – „Ich Verlasse Heut’ Dein Herz” Lacrimosy (to oraz „Starless” zapewniają mi doła na miesiąc 🙂 ) czy „Come Together”, ale, przekornie, w wersji Arctic Monkeys.

A tak nie naszło po środku nocy na zwierzenia muzyczne. po prostu słuchajcie muzyki, którą lubicie. Jest dobra, skoro ją lubicie. A jak macie możliwość słuchać jej jednocześnie z wieloma osobami na raz, niekoniecznie będąc blisko siebie geograficznie, to radość jest zwielokrotniona.