When your hope turns into fear… Linkin Park, The Hunting Party

Dwa lata po wydaniu swojego poprzedniego albumu Linkin Park powrócili z nowym dziełem, które według zapowiedzi ma być zmianą stylu zespołu w stronę mocniejszego, gitarowego grania. I nie owijając w bawełnę, dokładnie tak jest.

cover

„The Hunting Party” z jednej strony jest inna od muzyki, jaką Linkin Park grali na „Living Things” i szczególnie „A Thousand Suns”, z drugiej jednak strony pewna ciągłość, szczególnie w odniesieniu do „Living Things” jest zachowana. To, co rzuca się od razu, to wysunięcie na pierwszy plan gitar, co w dużo delikatniejszy sposób było obecne na poprzedniej płycie, oraz brak sampli (ewentualne ich schowanie pod ciężarem gitar i perkusji), co jest nowością w muzyce zespołu.

Pierwszy utwór, „Keys to the Kingdom” nie zapowiada jeszcze tego, co Amerykanie postanowili nagrać. Jest trochę chaotycznie, z wykrzyczanym refrenem i wchodzącą w połowie utworu częścią rapowaną, będącą trochę odpowiednikiem sola gitarowego. Refren podobno był improwizowany, ale jedno fajne emo-stwierdzenie się w nim znalazło („I fuck up everything I see/Fighting in futility”). Drugi utwór, „All for Nothing”, z gościnnym udziałem Page’a Hamiltona z kapeli Helmet brzmi po prostu hardrockowo, nawet mając na uwadze rapowane zwrotki. Tutaj już nowy styl zespołu widać w pełnej krasie – jest solo gitarowe i metalowa estetyka całości.

„Guilty All the Same” zespół umieścił w sieci na dwa miesiące przed premierą całej płyty i wtedy brzmienie tego utworu było zaskoczeniem. Gitary. Mnóstwo gitar, łącznie z solówką na końcu. Prawie 6 minut dla tego zespołu to już wyczyn godny odnotowania. Refren z rytmem wybijanym z taką agresją, jakby to była Metallica, a nie Linkin Park. Wszak oni ostatnio bardziej bawili się elektroniką, niż gitarami. Nawet rapowany gościnny występ Rakima nie zmienia wrażenia, jaki ten utwór zostawia. Jest moc, jakiej w muzyce Linkin Park nie było dawno, a może nawet nigdy.

Po krótkiej przeszkadzajce, których na „The Hunting Party” w zasadzie nie ma (w przeciwieństwie do „A Thousand Suns”, które składało się z prawie samych przeszkadzajek, poprzetykanych w niektórych miejscach normalnymi utworami) następuje krótka, dwuminutowa ciekawostka, czyli punkowy wręcz „War”. Nawet rasowi punkrockowcy tak nie grają.

rsz_linkin_park_new_photo

W dalszej kolejności mamy zestaw najbezpieczniejszych brzmieniowo na całej płycie ‚Wastelands” oraz „Until It’s Gone”. Ten pierwszy oparty na klasycznej linkinowej strukturze: rapowane zwrotki – ultramelodyjny refren nie jest niczym specjalnym, ale tekst ma fajny i już stał się soundtrackiem mojego życia. Znowu mamy też bardzo mocno podbite gitary i fajny rytm. Za to melodia refrenu wydaje mi się trochę naiwna. Drugi z powodzeniem mógłby znaleźć się na „Living Things” i być na niej jednym z lepszych utworów. Taka współcześnie-linkinowa ballada z okolic „Lost in the Echo”. Na plus – fajne przejście z refrenu do sola gitarowego.

I dochodzimy do mojego ulubionego „Rebellion”. Metalowy riff zagrany przez Darona Malakiana z System of a Down, zwrotki śpiewane przez Mike’a Shinodę (rzadkość – facet najczęściej rapuje), z ciekawą solówką gitarową i mocnym, metalowym brzmieniem zabijają. Wszystko w tym utworze się zgadza. Absolutnie wszystko. Łącznie z ironicznym tekstem.

Następny „Mark the Graves” po mojemu jest straszliwie nijaki i nie potrafię zapamiętać go na dłużej. Może jeszcze się przekonam do tego kawałka, na razie uważam go za najsłabszy na tej płycie. I nie oznacza to, że jest to utwór słaby, jak np. „Until it Breaks” z poprzedniej płyty. Po prostu na razie mi nie leży. Warto odnotować długi instrumentalny, mocny wstęp.

Potem następuje wyciszenie. Trochę niespodziewane, bo gościnny udział w „Drawbar” ma Tom Morello (m.in. Rage Against the Machine), więc należałoby się spodziewać charakterystycznego brzmienia jego gitary i mocnego, metalowego riffu, a tutaj mamy instrumentalną miniaturkę fortepianową. Po niej zespół serwuje balladę „Final Masquerade”. Utwór godny najlepszych ballad z „Minutes to Midnight”. Na tamtej może zginąłby w natłoku podobnych piosenek, ale na „The Hunting Party” jest to jedyna ballada pełną gębą, więc tutaj, szczególnie po metalowych uderzeniach „Rebellion” i „All for Nothing” jest fantastycznym uspokojeniem klimatu. Tym lepszym, że opartym na fan-ta-sty-cznej melodii.

„Line in the Sand”, najdłuższy, wielowątkowy, z bardzo mocnymi gitarami, patetycznym, wykrzyczanym, ale melodyjnym refrenem, rapowanymi fragmentami oraz solówką gitarową dobrze podsumowuje całą płytę.

Linkin Park postanowili nie pieścić się z klawiszowym plumkaniem i nagrali album z jajami. Joe Hahn odpowiedzialny za sample i hiphopowe podkłady chyba wziął sobie wolne, albo został związany w kącie, bo go na „The Hunting Party” w ogóle  nie słychać. Chłopaki ograniczyli rapowanie do rozsądnego minimum (wymieniłem chyba wszystkie rapowane utwory – garstka!), nie zapominając o największych zaletach ich muzyki – fantastycznych, zapadających na długo w pamięci melodiach.

Jak do tej pory, dla mnie, jest to album roku. A poprzeczka dla innych została ustawiona bardzo wysoko.

9/10

P.S. Teledysk do Until It’s Gone wygląda wypisz-wymaluj jak czołówka serialu „True Detective”