Titanic w kosmosie. Pasażerowie

Zwiastun „Pasażerów” zapowiadał ciekawe science-fiction. Takie ładne, kameralne, z jakąś filozofią w tle. Ja liczyłem na film w rodzaju „Moon” albo „Ex Machina” – film, który w pod przykrywką podróży kosmicznej zadaje ciekawe pytania. Ale niestety troszkę się przeliczyłem. Gdy film już zaczyna podejmować bardzo ciekawe tematy, zapomina o nich i rozpoczyna dziki taniec w oparach absurdu, gdzie jedna głupotka goni następną.

Leci sobie w kosmos fikuśny statek z 5000 ludzi na pokładzie, których celem jest zasiedlenie nowej planety. Większość z nich zapłaciła za to bardzo dużo pieniędzy, część leci jako pracownicy. Wszyscy są zahibernowani i mają zostać obudzeni na 4 miesiące przed osiągnięciem celu, aby pożyć sobie w luksusie i się bliżej (hehe) poznać. Lecieć mają przez 120 ziemskich lat.

Jednak po trzydziestu latach lotu budzi się jeden z pasażerów. No i ma generalnie problem, bo nie dożyje końca podróży i nie jest w stanie się ponownie zahibernować. Przez rok korzysta ze wszelakich dostępnych luksusów (choć nie do wszystkich ma dostęp, bo on leci pracować, a nie jako VIP), ale zaczyna mu się przykrzyć, więc znajduje sobie wśród śpiących ładną dziewczynę i ją wybudza.

To prowokuje tyle pytań na temat moralności, że głowa mała. Raz, że on ją w zasadzie zabił (bo miała żyć na innej planecie, a facet skazał ją na śmierć zanim w ogóle tą planetę oboje zobaczą). Dwa – no, kurczę no, wybrał sobie laskę spośród 5000 pasażerów i wmanewrował w romans (za dużo do powiedzenia to ona nie miała). Trzy – jak już się dowiedziała dlaczego się obudziła (że to nie była awaria maszyny), to film mógłby dalej iść w kierunku studium ich wzajemnych relacji (wspólne życie ofiary z oprawcą). Ale tak nie jest, bo film całkowicie zapomina o dotychczasowych problemach i rzuca bohaterom całkiem nowe.

Główną osią fabuły w drugiej połowie filmu jest awaria, która powoli wykańcza statek. I ta awaria odkrywa takie pokłady głupoty, że film staje się nieznośny. Okazuje się, że statek ma poważne błędy w projekcie. Ale na takie błędy nie pozwoliłaby sobie żadna korporacja będąca w stanie wysłać 5000 ludzi na drugi koniec galaktyki. Ot, chociażby fakt, że statek widząc przeszkodę bojowo w nią wleciał zamiast próbować ominąć (serio, nikt nie przewidział, że coś zbyt dużego dla tarcz może się pojawić na trasie przelotu i może uszkodzić maszynę?). Później okazało się, że „na wszystko są części zapasowe”, ale jest tylko jeden reaktor zasilający całą machinę. To już nawet Związek Radziecki montował po dwa reaktory atomowe w swoich łodziach podwodnych (patrz chociażby okręt „Kursk„, który w 2000 roku zatonął). Na domiar złego na te 5000 ludzi mieli całą jedną sztukę stacji medycznej. Jak się dwie osoby nawzajem zadźgają nożami, to jedną odratują, a druga będzie musiała czekać i się w międzyczasie nie wykrwawić. Brawo scenarzyści.

Film jest fabularnie kopią „Titanica”, tylko że w kosmosie. Jest romans, jest awaria, jest deska, która pomieści tylko jedną osobę, tak więc Leonardo – umieraj.

Pierwsza połowa filmu, o ile stawia ciekawe, filozoficzne pytania, o tyle jest niesamowicie nudna. Przez godzinę akcja snuje się na tyle wolno, że w kinie prawie usnąłem. Ale widoki są ładne. I muzyka momentami też jest ładna. Ale absolutnie nic się nie dzieje.

Film stara się zadawać ciekawe pytania, ale bardzo szybko ucieka od zasugerowania jakichkolwiek odpowiedzi, serwując dziwaczny romans połączony ze skrajnie naiwnym happy endem. Film rozczarowuje i chcąc obejrzeć ciekawe, kameralne science-fiction lepiej obejrzeć „Ex Machinę„.