I woke up at the moment when the miracle occured. U2 – Songs of Innocence

O nowej płycie U2 szemrano tak mniej-więcej od premiery poprzedniej, czyli, lekko licząc, od pięciu lat. Ostatnio ruch w interesie zrobił się trochę większy, bo na przełomie poprzedniego i obecnego roku, razem z premierą filmu o Nelsone Mandeli premierę miał nowy utwór „Ordinary Love„, a zaraz później kolejny, „Invisible„, zaprezentowany podczas Super Bowl, czyli finału ligi futbolu amerykańskiego. Wydawało się, że płyta jest tuż tuż, ale na jej temat panowała dziwna cisza. Nikt nie pochwalił się okładką, nikt nie mówił nic o liczbie utworów, nie wspominając już o ich nazwach czy czasie trwania. Niedawno pojawiły się plotki, że U2 będzie chciało „zrobić Beyoncé”, czyli pewnego pięknego ogłosić, że właśnie wydali płytę i zapraszają do sklepów.

I w zasadzie to zrobili. Tylko bardziej. Ale najpierw kolejny fragment rysu historycznego.

band

Współpraca U2 z Apple trwa już od jakiś 10 lat. Był już iPod U2, z preinstalowaną dyskografią zespołu oraz pomalowany na odpowiedni kolor (promocja „How To Dismantle an Atomic Bomb„, czyli czarno-czerwono-biały); większość czerwonych akcesoriów Apple’a jest sygnowanych marką (PRODUCT)RED i część zysków z ich sprzedaży zasila fundację, którą Bono bardzo promuje; premiera ostatniego singla miała miejsce na iTunes; itd. itp. W dniu wrześniowej konferencji Apple’a po internetach zaczęła krążyć plotka, że na scenie ma pojawić się właśnie U2. Należało się więc spodziewać jakiś niespodzianek. Po prezentacji nowych zabawek od Apple’a, Tim Cook zaprosił zespół na scenę, na której zagrali zupełnie nowy kawałek, oraz wygłosili krótką pogadankę.

Beyoncé swój album udostępniła do sprzedaży. Bono zawsze musi być najlepszy, dlatego swoje dzieło rozdaje za darmo. Podczas pogadanki obwieścił wszem i wobec, że każdy posiadacz konta iTunes dostaje całą nową płytę U2 w prezencie. Dokładnie w momencie wypowiadania tych słów. Wydali płytę bez żadnej promocji, po prostu rozdając ją ludziom. Co więcej, każdy, kto wyrobi się przez 13 października z założeniem konta (it’s free, ale wymaga podania danych karty kredytowej) także dostanie ten album za darmo. Cytując Siarę – mają rozmach.cover-soi

Ok, entourage premiery albumu wyjaśniony, teraz sama płyta (znaczy się, jeszcze nie płyta, tylko pliki, ale płyta w sensie, że płyta też będzie wydana, właśnie tego 13 października). „Songs of Innocence„. 11 utworów. Wszystkie świeże, to znaczy, że ani „Invisible” ani „Ordinary Love” tam nie ma. Troszeczkę ponad 48 minut muzyki. Bez większych udziwnień, ale momentami z ciekawymi smaczkami. Spojlerując, jest dobrze, ale szału, (niestety!) nie ma.

Generalnie z albumami U2 to ja mam problem, bo nie ma takiego, który podobałby mi się od początku do końca. Zawsze znajdzie się tam coś, co mi się nie podoba. Nawet na „Achtung Baby” jest „Zoo Station„, które bym wywalił. Byłbym w ciężkim szoku, gdyby nagle udało im się nagrać płytę wybitną, która swój geniusz pokazywałaby już po pierwszych  przesłuchaniach. Tak się oczywiście nie stało. Są na tym albumie jednak trzy utwory fantastyczne, których słuchać mogę raz po raz, do znudzenia, które jakoś nie chce nadejść:

1. lekkie, rozpoczynające się identycznie jak „With or Without You” „Every Breaking Wave„. Piosenka muzycznie w klimacie „Magnificent” z poprzedniej płyty, z równie fajnym motywem gitarowym pojawiającym się w refrenie. Dla mnie w tym momencie numer jeden na płycie.

2. „California (There Is No End to Love)„. Tutaj jest energetycznie. Nowocześnie, ze stadionowym zaśpiewem, z totalnie chwytającą melodią. Do tego dochodzi krótka, ale fajna solówka Edge’a i jest przepis na hit.

3. „Iris (Hold Me Close)„. Utwór jakby żywcem wyjęty z „The Unforgettable Fire„. Ta fantastyczna gitara Edge’a w tle! Strasznie to podobne do tytułowego utworu z tamtej płyty, co mnie się osobiście bardzo podoba. Nawet słaby, ale chwytliwy refren nie jest w stanie zetrzeć dobrego wrażenia.

bono

Dalej jest grupka kilku utworów niezłych, ale nie powalających. „The Miracle (of Joey Ramone)” – bardzo klasyczne, przypominające postpunkowe korzenie kapeli. Dziwne „Volcano” z falsetowym refrenem (super gitara w tle). „Raised by Wolves” w stylu… The Police oraz wczesnych dokonań U2, czy ciekawa ballada „The Troubles” z gościnnym występem Lykke Li i świetną, nie wiedzieć czemu taką krótką, solówką Edge’a, znowu (jak w przypadku „Unknown Caller” z poprzedniej płyty) trochę w stylu Davida Gilmoura. Albo rozpoczynający całość „The Miracle (of Joey Ramone)„, znowu jakby wyciągnięty z najgłębszych czeluści archiwów zespołu.

No i są utwory, które totalnie mnie nie ruszają. To jest chyba jakiś głębszy mój problem z U2, bo prawie wszystkie ich ballady uważam za nieciekawe. Nie mam nawet czołobitnego stosunku do „With or Without You„. I na „Songs of Innocence” ballady również mnie nie przekonują. Ani „Song for Someone„, która się rozpędza i rozpędzić nie może, ani „Sleep Like a Baby Tonight„, o której nie jestem w stanie powiedzieć nic. Jedyną słuchalną jest wspomniana wcześniej „The Troubles„.

edge

Pozostały jeszcze do omówienia „Cedarwood Road” i „This Is Where You Can Reach Me Now„. Pierwsza ma fajny instrumentalny wstęp, ale całość jednym uchem wpada, a drugim wypada. Drugi kipi od różnych pomysłów (jest chóralny refren, jest melorecytacja) i przez to jest trudny do zapamiętania. Za to jest o tyle ważny, że kontynuuje tradycje przynajmniej jednego utworu na płycie o absurdalnie długim tytule.

Uff. Ogólnie całość, wyprodukowana jest przez Danger Mouse’a oraz falangę innych producentów (Paul Epworth, Ryan Tedder, Declan Gaffney, Flood) raczej obracających się wśród muzyki pop, a nie rocka, przez co bardzo mocno wyeksponowany jest wokal, ale brzmi to wszystko bardzo spójnie. Muzycznie oraz tekstowo jest bardzo klasycznie, sentymentalnie, w okolicach początku lat 80’tych. Niby retro, ale słychać także motywy charakterystyczne dla ostatnich płyt zespołu (z naciskiem na „No Line on the Horizon„). Bono bardzo często korzysta z falsetu. Da się do tego przyzwyczaić.

larry

Ogólnie to nie jest źle, ale nie jest to jakaś wybitna płyta. Fani (w tym ja) powinni być zadowoleni (ja jestem), ale do kanonu ta płyta raczej nie trafi. Kilka utworów ma szansę wejść na dłużej do zestawu koncertowego (i mam nadzieję, że koncerty w 2015 roku w Europie będą i że w Polsce też jakiś zostanie zorganizowany).

7/10.

Z sentymentu do U2. Gdyby to był inny zespół, to pewnie dałbym 6 lub 6.5.

Aha. Okładka jest przepaskudna. Ja rozumiem, że mamy czasy internetów, gdzie obrazek ma w odtwarzaczu wielkość znaczka pocztowego, ale bez przesady. Jakiś normalny projekt by się przydał.

adam