Z pamiętnika wakacyjnego czytelnika. Część I – z Internetu w przyszłość.

Rok szkolny się właśnie rozpoczął (a ja przed, dość mgliście się rysującym z resztą, urlopem) więc czas podsumować dwa ostatnie miesiące. Pomimo rowerowej pogody (a ja czytuję głównie w tramwajach) trochę się lektur nazbierało. Rozpiętość tematyczna szeroka

Wojciech Orliński „Internet. Czas się bać”

Internet-Czas-sie-bac_Wojciech-OrlinskiAutor pisuje krótkie felietony do „Dużego Formatu” i w Gazecie Wyborczej zajmuje się szeroko rozumianą kulturą popularną (jego wysłano do Szwecji, aby porozmawiał z autorem czwartego tomu „Millennium”). W swojej książce stara się przekonać wszystkich, że ani Google ani Facebook ani żadna inna internetowa korporacja niczego za darmo nam nie daje. Że płacimy swoimi danymi i prywatnością. Że nawet jak korporacja nam coś sprzedaje to wcale tego nie sprzedaje, tylko wypożycza i w każdej chwili może to zabrać. I gdy pozostałe media są ściśle kontrolowane, tak internety są puszczone samopas i dzięki temu wielkie molochy rosną w przerażającym tempie. A my, w imię czasami dość wątpliwej wygody, na to wszystko się godzimy z wywalonymi jęzorami.
Nie z wszystkimi tezami się zgadzam, niektóre stwierdzenia są trochę naciągane, z innymi bym mocno polemizował, ale nie tylko warto tą pozycję przeczytać (krótkie to – trzy wieczory maks), ale także przekazać dalej, szczególnie nauczycielom komputerów w szkole, aby uświadomili młodzież (że tak górnolotnie pojadę) nie tylko tego, że rzecz raz wrzucona w sieć pozostaje tam na zawsze, ale też że ta rzecz może być wykorzystana w często bardzo nieoczywisty sposób.
Całość podzielona jest na rozdziały zatytułowane „jak straciliśmy …”, skupiające się na amerykańskim prawodawstwie, które dziwnym trafem obowiązuje w sieci na całym świecie, na zapisach regulaminów, których nikt nie czyta, na sytuacji autorów w świecie, w którym najprostszą czynnością jest skopiowanie czyjegoś dzieła w całości itd. Facet jest zatwardziałym przeciwnikiem „shared economy” (czyli wszystkich bla.bla.carów, uberów czy airBNB) i o tego typu firmach też jest tam trochę.
Dla niektórych na pewno to nie będzie nic nowego, ale niektórzy może inaczej spojrzą na świat wirtualny.

Dimitrij Głuchowski* „FUTU.RE”

futu-reNowa powieść autora „Metra 2033”. Tym razem zamiast klaustrofobicznych tuneli moskiewskiego metra, bohater ma do dyspozycji całą Europę.
W świecie przyszłości ludzkość znalazła sposób na wieczne życie. Istnieje lek zatrzymujący proces starzenia się na wyglądzie i sprawności 30-paru latka. Istnieje także akcelerator, który umożliwia przyspieszenie procesu starzenia się i śmierć w ciągu 10 lat. Tak zwany „cywilizowany świat” zmaga się przez to z ogromnym problemem przeludnienia. Europa, będąca jednym wielkim miastem zbudowanym z kilometrowej wysokości wieżowców otulających u swoich podstaw to, co znamy dzisiaj. Wizja świata jest wspaniała – życie miasta na wielu poziomach – od skrajnie biednych niższych poziomów po świat obrzydliwego luksusu penthouse’ów na dachach. Świat, gdzie najcenniejszym widokiem jest widok nieba. Gdzie stare katedry są przerobione na szemrane burdele. Gdzie na paru metrach kwadratowych żyje kilkanaście osób. Gdzie widok „zza okna” jest symulowany obrazem z projektowa.
Głuchowski znowu porusza pełne spektrum problemów – przeludnienie, imigrację, wyżywienie miliardów ludzi, życie w ciasnocie.
Cały ten wspaniały świat jest jednak tylko tłem dla bardzo intymnej historii żołnierza-policjanta-diabli-wiedzą-kogo oraz dziewczyny, partnerki przywódcy pewnego rodzaju ruchu oporu. On miał wraz ze swoim szwadronem wykonać kolejne zlecenie, ona, dzięki swojemu mężczyźnie, złapała Pana Boga za nogi. Jedno ich spotkanie zmieni ich życie na wiele różnych sposobów.
Książka powinna się skończyć około 1/3 swojej objętości, ale nagle nasz bohater postanawia zacząć myśleć. Niestety jest raczej tępym osiłkiem niż filozofem i najpierw robi głupoty, a później próbuje się wyplątać z afer, których by nie było, gdyby zachował się tak, jak powinien. O to mam największe pretensje do autora – źle mi się czyta książkę, gdy wręcz próbuję krzyczeć do kartek „facet, nie bądź głupi nie rób tego!”, a on to i tak robi. No i nie wierzcie autorowi, że niektóre wydarzenia nie mają prawa się wydarzyć. Zawsze można deus ex machina je powołać do życia i zagmatwać sytuację jeszcze bardziej.
Świat ma ogromny potencjał, większy niż ten wykreowany w serii „Metro”. Niestety, do tego świata wrzucony zostaje bohater-idiota, który najpierw działa, a później dopiero myśli i problemów, z którymi się spotyka, uniknąłby, gdyby wcześniej swoje czyny przemyślał. Zamiast historii na szczytach władzy dostajemy przemyślenia osiłka i jego prywatną historię, w której megalopolis jest tylko tłem.

Orlińskiego polecam, nowego Głuchowskiego trochę miej, chociaż dla samego świata wykreowanego przez autora warto się nad tą książką pochylić, ale są lepsze dzieła science fiction (o jednym z nich wkrótce będzie też tutaj).
* – namiętne wykorzystywanie angielskiej transkrypcji z rosyjskiego wydaje mi się tak absurdalne, że aż cichutko zaprotestuję i to nazwisko napiszę tak jak brzmi ono po polsku, a nie jak Amerykanin by je ze słuchu zapisał.