Z pamiętnika wakacyjnego czytelnika, część II – zdizajnowany labirynt.

Okrutnie się zapuściłem i powakacyjny cykl się mi przedłużył aż do zakończenia wakacji studenckich (a kiedy wymęczę trzecią część – nie umiem powiedzieć). W każdym razie dziś będzie o kolejnej młodzieżowej trylogii i krótkiej serii reportaży o designie. Uwaga na pewne (niewielkie IMO) spojlery do „Więźnia labiryntu”.

Trylogia „Więzień Labiryntu” James Dashner

maze_runner_trilogy

Tutaj troszkę oszukuję, bo przez wakacje przeczytałem trzeci tom tego dzieła, aby zdążyć z całością przed premierą filmu opartego o drugi tom, czyli „Próby Ognia”. Poprzednie dwa zaliczyłem wcześniej 😛
Opowieść jest o grupie młodzieży, która zamknięta w wielgachnym labiryncie całymi dniami uprawia jogging. W międzyczasie coś ich próbuje zabić,  coś ich żądli i wprowadza w narkotyczny trans, a ktoś inny dostarcza im wszelkich surowców. Okazuje się, że za wszystkie ich niedogodności odpowiada bogata i potężna organizacja DRESZCZ (ang. WICKED – World In Catastrophy – Killzone Experiment Departament), przeprowadzając na nich wszystkich eksperyment, którego celu nie chcą zdradzić. W tomie drugim eksperyment jest kontynuowany, tyle, że w każdy możliwy sposób bardziej – więcej młodzieży, więcej przestrzeni, większa tajemnica, większe środki zainwestowane w ganianie młodzieży. Trzeci tom to w zasadzie nierówna walka z wielką tajemniczą organizacją, motywowana dziwnie pojmowaną zemstą.

Wszystkie trzy książki napięcie budują za pomocą tajemnicy. Każdy nadgryziony wątek szybko rodzi pytanie „dlaczego?”. Odpowiedzi jednak dawkowane są przez autora bardzo ostrożnie, czasami o nich w ogóle zapominając. Te podsuwane odpowiedzi bywają błędne (aczkolwiek przez bohaterów podane zgodnie z ich wiedzą. Takie czerwone śledzie). Autor ryzykuje trochę, bo czytelnik może w międzyczasie rzucić książką w kąt z przekonaniem, że ona jest strasznie głupia.

Bo jest.

Od szczegółów do ogółu. Od całego pomysłu na fabułę po pojedyncze decyzje bohaterów -większość z nich jest niezrozumiała. Często nielogiczna. W większości prowadzi do pomnożenia kłopotów.

Podłożem całej historii są wybuchy słoneczne, które doprowadziły do powstania i rozprzestrzenienia się wirusa zamieniającego ludzi w zombie (!). Taką wiedzę wynosi czytelnik z pierwszego tomu. Później okazuje się, że ten wirus się przypadkowo wydostał z laboratoriów podczas zamieszek spowodowanych wybuchami (połowa tomu drugiego). Trzeci tom sugeruje jednak, że prawda jest inna, ale tak bezsensowna, że nie da się w nią uwierzyć (to ja już wolę automagiczne pojawienie się wirusa bo słońce).

Drugim problemem książki jest to, że kopiuje (na tyle inteligentnie, że nie ma mowy o plagiacie) „Igrzyska śmierci”. Zamiast dziewczyny, głównym bohaterem jest chłopak, ale poza tym cały szkielet fabuły jest bliźniaczo podobny do przygód Katniss. Niefajnie.

Na upartego, jak się komuś w toalecie nudzi, to można przeczytać. Ale nie polecam jednak. Są lepsze pozycje dla młodzieży, choćby wspomniane wcześniej „Igrzyska śmierci”.
Ale przynajmniej znajomość książek nie wpływa na oglądanie filmu – fabuła tego drugiego jest luźno związana z książkowym pierwowzorem.

Marcin Wicha „Jak przestałem kochać design”jak_przestalem_kochac_design_okladka

To znów jest broszurka do przeczytana w jeden wieczór. Zbiór krótkich reportaży o bardzo szeroko rozumianym designie. Autor żali się na podejście społeczeństwa do tego pojęcia, a w zasadzie specyficznego pojmowania przez wszystkich tego słowa. Autor chce przekazać, że design to nie iPad, solniczki za kilkaset złotych ani muzeum sztuki nowoczesnej. Z projektowaniem mamy do czynienia wszędzie, ale nie doceniamy rzeczy dobrych i nie potrafimy skrytykować rzeczy złych (nikt nie protestuje, że okienko w kiosku jest na wysokości pępka i trzeba wygiąć się w paragraf, aby kupić bilet na autobus).
Rozstrzał tematyczny tych reportaży jest ogromny – od nagrobków po aparaty fotograficzne. Od architektów i projektowania domów po tworzenie butelki na alkohol. Od drewnianych chodaków po solniczki.

Jedyny problem jaki miałem z tą książką to uczucie chaosu i skakania z tematu na temat. Mniej-więcej do połowy nie wiedziałem, czy autor się żali czy się chwali, ale później dotarło do mnie, że w końcu tytuł tej pozycji brzmi „Jak przestałem kochać design”, więc najpewniej się żali.

Jest to jeden z lepiej przygotowanych ebooków jakie widziałem. Każde słowo ma określone znaki podziału, więc wszystko jest idealnie wyjustowane, jak w papierowej książce, niezależenie od ustawionego powiększenia tekstu. To robi wrażenie. Brawo.

W trzeciej części opowieści książkowych będzie o podróżach. Na Marsa i w górę wieżowca.