Z pamiętnika wakacyjnego czytelnika, część III – Windą z Marsa.

Kończę cykl książkowy. Dziś o dwóch pozycjach: dobrej oraz fantastycznej. W niebieskim narożniku powieść science-fiction, w czerwonym: zbiór reportaży. Nie owijając w bawełnę:

„Marsjanin” Andy Weir.

marsjanin-b-iext26964316W kinach oglądać można właśnie film z Mattem Damonem w roli głównej, będący ekranizacją tej książki. Film filmem, ale jeżeli chodzi o książkę, to rzućcie co macie w rękach i zacznijcie ją czytać. Jest fantastyczna. W zasadzie więcej o niej nie trzeba pisać.
Fabuła z grubsza polega na tym, że miejsce pracy grupy naukowców na Marsie atakuje burza na tyle silna, że należy przerwać operację i wrócić na Ziemię. W trakcie ewakuacji jeden z naukowców zostaje uznany za zmarłego i pozostawiony na powierzchni obcej planety. Okazuje się, że przeżył i musi sobie jakoś poradzić sam. Czytelnik akcję śledzi z dzienników, które bohater zapisuje w trakcie swojego życia na Marsie, oraz z zapisu rozmów władz NASA, które to władze planują rozwiązanie problemu samotnego astronauty i przede wszystkim uratowanie mu życia.
Książka napisana jest dość specyficznie. Wszystko podejmowane działania są skrupulatnie opisane, łącznie z (dość zgrubnymi) obliczeniami czy opisem zachodzących reakcji chemicznych. W końcu bohater na samym początku stwierdza, że musi „science the shit out of it”. Nie każdemu takie detale mogą odpowiadać i biorę to na klatę. Dla mnie to była duża zaleta tej książki. Ale nie jedyna. Oprócz tego „Marsjanin” zawiera lokowanie dużej ilości humoru i lekkiego języka użytego do tłumaczenia skomplikowanych zjawisk, dlatego czyta się to dobrze.
Dwie wady, o których warto wspomnieć to usilne rzucanie bohaterowi kłód pod nogi. Gdy wszystko się mu przez kilkanaście stron udaje, to należy się za chwilę spodziewać katastrofy. No i ostatni akapit jest tak beznadziejnie cukierkowy, że nie powinien się w ogóle znaleźć w tej książce. Ale poza tym – polecam każdemu. Warto. Takie trochę bardziej science niż fiction.

„13 pięter” Filip Springer.

large_13pieter_okladka_CMYK_300dpiSpringer już jest traktowany jak gwiazda, mimo, że zajmuje się dość niszowymi problemami. Opowieść o mieście, które zniknęło („Miedzianka”), opis problemów nękających przestrzeń publiczną w Polsce („Wanna z kolumnadą”) czy biografia architektów Zofii i Oskara Hansenów („Zaczyn”) nie traktują o problemach powszechnych i bliskich każdemu. Z „13 piętrami” jest trochę inaczej bo Springer opisuje problemy związane z posiadaniem przez Polaków własnego mieszkania.
Książka jest podzielona na dwie części – historyczną i reportażową. W pierwszej Springer opisuje problemy mieszkaniowe Warszawy w czasach XX-lecia międzywojennego pokazując, że dzisiejsze problemy bardzo przypominają ówczesne, z tym, że wtedy wszystko było wielokrotnie gorsze, niż obecnie (Springer wspomina, że prasa przestała informować o samobójstwach spowodowanych tragiczną sytuacją mieszkaniową, bo były one tak powszechne). Druga część to opowieści współczesnych ludzi. Nie żadne skrajne, tylko takie normalne. Komuś głupio, bo ma mieszkanie bez kredytu i nie ma wspólnych tematów do rozmów ze znajomymi. Ktoś inny nie ma szans na kredyt, więc mieszka z rodzicami. Jeszcze inny kredyt dostał, ale stracił pracę. A kolejny mieszka w garażu, bo tylko ten zdążył wybudować przed skokiem cen materiałów.
Springer wierzy w Towarzystwa Budownictwa Społecznego i uważa je za rozwiązanie przynajmniej części problemów ze zdobyciem przez Polaków własnego lokum. Pokazuje też przykład miasta, gdzie to rzeczywiście działa.
Książka ciekawa, wciągająca, ale nie aż tak jak „Wanna z kolumnadą” (choć oczywiście traktuje o czymś zupełnie innym). Zawiera też kilka mocniejszych opisów, które mogą poruszyć, jak np. reportaż o „czyścicielach kamienic”.