A kite dancing in a hurricane. SPECTRE

posterSony ma trochę pecha. Premiera dwudziestego piątego filmu o Jamesie Bondzie ma miejsce półtora miesiąca przed siódmą częścią Gwiezdnych Wojen. Niby cały świat jest zaaferowany agentem z licencją do zabijania, ale i tak myślami jest w odległej galaktyce. Tak więc cieszmy się hypem na Bonda, póki trwa, bo ten gwiezdnowojenny już go przytłacza.

Bondy z Danielem Craigiem to trochę dziwne filmy. „Casino Royale” był rewolucyjny pod względem kreacji postaci – tam Bond przestał polegać w głównej mierze na fikuśnych zabawkach i zaczął więcej klepać zbirów po ryjach. W „Quantum of Solace” brakowało klasycznych składników – muzyka była inna, nie było Martini i zakończenia filmu też nie było. „Skyfall” był bardzo, bardzo brytyjski, a jednocześnie zawierał hołd złożony Kevinowi, który zostawał sam w domu.

„Spectre” zaś jest bardzo klasycznie bondowski. Niezłomny agent w Aston Martinie przemierza pół świata, aby rozwiązać zagadkę tajnej organizacji. Tej samej, która wielokrotnie pojawiała dawniej się na jego drodze. Robi to z dużą dawką autoironicznego humoru (nie da się inaczej traktować miękkiego lądowania w pierwszych scenach filmu, jak pastisz samego siebie), ale tym razem bez nawiązań do klasyki polsatowskiego kina świątecznego.

poster-villainGrany przez Dave’a Bautistę Hinx to taki współczesny Buźka, obecny np. w „Moonrakerze”. Nazwisko Oberhauser (to, które nosi główny zły, gany przez Christophera Waltza) też już się pojawiło w dawniejszych bondowskich czasach. Ale są też nawiązania bardziej współczesne. „Spectre” spina klamrą wszystkie cztery filmy z Craigiem. W końcu zakończono wątek rozgrzebany w „Quantum of Solace” (choć po linii najmniejszego oporu). Co chwila pojawiają się też nawiązania do Vesper czy wydarzeń ze Skyfall.

„Spectre” to też absurdalne sceny pościgów, wśród których króluje ten austriacki. Nad nim unosi się duch filmów z Brosnanem, w których prawa fizyki były tylko ogólną wskazówką dla scenarzystów. Na stokach austriackich alp w „Spectre” dzieją się cuda, o jakich nie śniło się filozofom. Ale to też jest element lokalnego, bondowskiego folkloru.
Równie ważny jak osadzenie postaci w świecie, który dotknięty jest tymi samymi problemami, co ten nasz, rzeczywisty. W „Skyfall” największym zagrożeniem był człowiek, który wiedział jak wyciągnąć z sieci informacje, a następnie wykorzystać je do własnych celów. „Spectre” dotyka zaś problemu permanentnej, wszechobecnej inwigilacji każdego człowieka. Inwigilacji, która ma pomóc okiełznać niesfornych przyjaciół i która przynieść może dużo więcej strat, niż pożytku. Ten wątek, drugoplanowy w stosunku do działań samego Bonda, jest w tym filmie (dla mnie przynajmniej) najważniejszy.

Najnowszy Bond jest chyba słabszy od „Skyfall”. W dalszym ciągu jest to świetnie realizowane kino, które ogląda się chwilami z zapartym tchem, ale brakuje tutaj jakiejś iskry bożej. Nie umiem powiedzieć co tu jest nie tak, ale po wyjściu z sali kinowej po „Skyfall” wiedziałem, że obejrzałem świetny film i wady zacząłem dostrzegać dopiero po pewnym czasie. „Spectre” nie zachwyca aż tak, mimo, że zaczyna się fantastycznymi długimi ujęciami w Meksyku, które nastrajają pozytywnie na cały seans. Ale w „Skyfall” absolutnie każdy kadr nadawał się na tapetę do pokoju. W „Spectre” wiele ze scen jest po prostu zwyczajna. Zdarzają się ujęcia fantastyczne, jak np. oczekiwanie na stacji kolejowej w Maroko, ale wiele innych w ogóle nie zapada w pamięć.

spectre-aston

Dziwnie mało jest tutaj (na szczęście!) product placementu. Gdy „Skyfall” był bardziej napakowany reklamami od polskich seriali, tak tutaj nawet nie widać, że Bond pije polską wódkę (a po raz pierwszy przecież pije polską wódkę). Nawet Heineken, tak zaangażowany w promocję filmu, nie jest tak widoczny jak trzy lata temu. Sony oczywiście jest wszędzie. Omega też ma swój czas. Ale te reklamy nie są aż tak nachalne jak ostatnimi czasy.

Lea Seydoux tak bardzo na tak, Christopher Waltz mnie przekonał, choć czytam wszędzie, że nie powinien. Zadziwiająco dużo jest Q, który jest tutaj większą gwiazdą niż Ralph Finnes jako M, który, swoją drogą, też dostał większą rolę niż M ma zazwyczaj („Skyall” się nie liczy). Andrew Scott zdecydowanie bardziej mi się podobał jako Moriarty w „Sherlocku”. Czołówka pod piosenkę mi się bardzo nie podoba – momenty z ośmiornicą są dobre, ale pozostałe, kalejdoskopowate są złe. „Casino Royale” gra w tej konkurencji w zupełnie innej lidze.

Jaki jest najnowszy Bond? Taki jak piosenka do tego filmu. Wielu się nie podoba i ją krytykuje. Po pierwszym przesłuchaniu miałem bardzo mieszane wstrząśnięte uczucia, ale teraz się wkręciłem i słucham w pętli. Na „Spectre” będzie się narzekać, ale nie jest to film zły. Ogląda się to fantastycznie i te prawie dwie i pół godziny mijają szybko jak kule wystrzelone z Walthera PPS. Największym problemem tego filmu jest jednak to, że jest to film dobry, a nie wybitny. Taki zwyczajny film o przygodach Agenta 007.

Ale ja daje dużą cyferkę z sentymentu i radości oglądania.

9.