All my designs simplified. Porcupine Tree – Deadwing

Dokładnie 10 lat temu swoją premierę miał album „Deadwing„, który był moim pierwszym spotkaniem z twórczością Porcuine Tree. Ani nie uważam go teraz za jakieś wybitne dzieło, ani wtedy nie zrobił on na mnie szczególnego wrażenia. Dobrą muzyką należy się jednak dzielić, a przy okazji jest to dobry moment, aby pomyśleć jaki ja już stary jestem 😉


deadwing-coverTe 10 lat temu byłem na początku mojej fascynacji rockiem progresywnym, ale nie chłonąłem wszystkiego „jak leci”. Raczej spokojnie dawkowałem sobie emocje. W tamtym czasie z resztą nie bardzo wychodziłem poza Pink Floyd, ciągle będąc jeszcze przywiązanym do wcześniejszych gitarowych, młodzieńczych „znalezisk” jak Iron Maiden czy HIM. Nawet jak Metal Hammer czy inny Teraz Rock rozpisywał się o Porcupine Tree, że to dobra kapela, to nie specjalnie mnie to ruszało. Z drugiej stron, wtedy nie tak łatwo było poznawać nową muzykę, o której się gdzieś, kiedyś przeczytało. O ile uczynny kolega czegoś nie podrzucił na płycie, to decyzja o zdarciu z sieci albumu w mp3 była dużą decyzją, szczególnie, gdy dysponowało się łączem o oszałamiającej prędkości 0,1 Mbps. Youtube wtedy raczkował i średnio się go dało używać przy takim łączu.

Niemniej kilka miesięcy po premierze próbowałem do tej płyty podejść. Próba zakończyła się porażką. Przesłuchałem raz, totalnie nie zeżarło i na ponad rok zapomniałem o tej muzyce. Wkręciłem się w międzyczasie w Dream Theater. „Deadwingowi” dałem szansę dopiero jakieś półtora roku później i wtedy załapałem o co w tym wszystkim chodzi. Ale tak to jest jak się podchodzi do zespołu od strony jednego ze słabszych (jednak) albumów.

porcupine_tree_2005-01

Mimo wszystko jednak warto tej godzinie muzyki dać szansę. Powstałą ona w czasach, gdy Steven Wilson zafascynowany był progresywnym metalem, rodziła się jego przyjaźń z Mikaelem Åkerfeldtem, liderem grupy Opeth, co bardzo mocno wpłynęło na kształt muzyki na tym albumie. Dużo tam jest hałasu, dużo ciężkich, trochę „głowomachnych” riffów. Dużo też krótszych form. Są też goście. Oprócz wspomnianego wcześniej Åkerfeldta pojawia się także Adrian Belew, który nagrał na „Deadwing” kilka pokręconych solówek gitarowych.

Na pierwszy rzut oka niewiele tam rocka progresywnego, takiego dosłownie, klasycznie rozumianego. Pierwsze dwa utwory przypominają raczej pokomplikowanego hard rocka niż rozmemłanego, smętnego prog-rocka. O ile jeszcze w środku utworu tytułowego jest pewien moment uspokojenia, tak już „Shallow” to typowy rock do machania głową na koncertach. Zaraz po nim przychodzi słodka, popowa wręcz ballada „Lazarus„, która bliska jest klimatowi muzyki lat 70-tych. Jest przepięknie, melodyjnie i po raz kolejny, jakby wypromować to bardziej, to hit mamy murowany. Z resztą chyba jest to jeden z bardziej znanych utworów Porcupine Tree wśród ludzi nie będących „w temacie”. Później jest kolejny hardrockowy wypełniacz, który ma swoje momenty (choćby główny riff), ale „Halo” mnie zdecydowanie nie zachwyca.

porcupine_tree-2005-02

Za to główne danie jest absolutnie najwyższej jakości.

Trwający 12 minut, najdłuższy na płycie, „Arriving Somewhere But Not Here” jest zdecydowanie najlepszym utworem na „Deadwing” i chyba jednym z lepszych w ogóle utworów Jeżozwierzy. Ciężko powiedzieć, dlaczego tak jest – odpowiednie dawkowanie tempa, kapitalny metalowy środek, sola gitarowe – wszystko składa się w perfekcyjną całość, a już środek utworu – metalowa młócka, wejście na to wszystko partii gitary z początku utworu, powolne wspinanie się do kulminacji i wybitne, absolutnie wybitne przejście do wyciszonej solówki gitarowej – to absolutne mistrzostwo świata. Ale, żeby się tak wkręcić potrzebowałem dużej ilości czasu.

Później klimat płyty staje się bardziej balladowy, zdecydowanie bardziej progresywny i trudniejszy w odbiorze, choć w „Open Car” wracają mocniejsze gitary. Z resztą „Open Car” również bardzo lubię, chyba najbardziej z tych wszystkich krótszych, metalowych piosenek z tej płyty – ujął mnie kontrast: metalowa, szybka zwrotka – melodyjny, spokojny, trochę patetyczny refren. Zdecydowanie na kilka słów zasługuje jeszcze „The Start of Something Beautiful„, który wygrywa przecudownym motywem instrumentalnym tworzącym całą drugą połówkę utworu.

porcupine-tree-2005-03

Płyta jest strasznie, jak na Porcupine Tree, nierówna. Jest tam jeden utwór wybitny, dwa czy trzy bardzo dobre i trochę mizerii. Czasem lepszej, czasem zdecydowanie słabszej, ale płyta pozostawia po sobie ogólnie dobre wrażenie. Nie wiem tylko, czy jest to album, którym zachęcałbym innych do głębszego zapoznania się z muzyką Porcupine Tree. Z tego bardziej metalowego okresu poleciłbym chyba bardziej „Fear of a Blank Planet” i „In Absentia„. Niemniej posłuchać zawsze można, do czego zachęcam.

Jeżeli nie całość, to polecam przesłuchać w pierwszej kolejności: „Arriving Somewhere But Not Here„, „The Start of Something Beautiful„, „Lazarus” i „Open Car„.