And none of this make sense! Avengers: Age of Ultron

Kolejny sezon podboju kina przez Marvela rozpoczęty. Ten rok rozpoczęła największa armata, na jaką Marvel może sobie pozwolić, czyli druga część Avengers. I jak to w takim filmie zwykle bywa, pełno tam wybuchów, dużo latania, trochę gagów i przede wszystkim ratowanie świata.poster

(w tekście jest trochę mniejszych lub większych spojlerów, więc czytacie na własną odpowiedzialność)

Troszkę się jednak zawiodłem. Wszystko niby w tym filmie jest na swoim miejscu: niby jest odpowiednia dawka patosu, szczypta humoru, wgniatające w fotel efekty, ale małe detale powodują, że niczego ten film nie urywa. A zeszłoroczne produkcje Marvel Studios urywały. Bo przecież dostaliśmy wtedy „Kapitana Amerykę: Zimowego Żołnierza” oraz „Strażników Galaktyki”. Oba filmy były zabawą konwencją – ludzie od Marvela przyszli i pokazali światu jak się robi efektowne political fiction (z Kapitanem Ameryką) oraz idealną space-operę (Guardiansi). Avengers pod tym kątem nie wyróżniają się niczym i w gruncie rzeczy jest to zwyczajny film o superbohaterach, którzy stają w obliczu tak wielkiego zła, że muszą przezwyciężyć własne problemy, zjednoczyć siły i wspólnie stawić czoła przeciwnikowi. Prawda – zeszłoroczne opisać dokładnie tymi samymi słowami, ale oprócz tego były trochę bardziej zaskakujące. Trochę ciekawych rzeczy z nowych Avengersów można jednak wyciągnąć.

Choćby fakt, że Wheddon spróbował zmierzyć się z tematem społecznych skutków istnienia superbohaterów na świecie. Został on jednak potraktowany bardzo po macoszemu, w połowie filmu jedną wzmianką, że jednak jedno z afrykańskich miast przypadkowo zostało prawie zrównane z ziemią przez Iron Mana i Hulka, więc Stark Industries musiało tam sprowadzić służby humanitarne. Jednak całe planowanie finałowego starcia było podporządkowane ratowaniu cywili, czego się zwykle w takich filmach nie robi. W końcu ci sami Avengersi brali udział w delikatnym przemeblowaniu Nowego Jorku w pierwszym filmie i cywile jakoś sobie wtedy radzili. Z drugiej strony Warner już zaczął kampanię reklamową „Batman vs. Superman”, którego zwiastun zapowiada poważniejsze podejście do takiego tematu – tam Superman przestaje być lubiany, a przynajmniej to sugeruje trailer. Marvel chciał być szybszy, ale wyszło średnio, bo wątek został nadgryziony, ale nie rozwinięty.

avengers_age_of_ultron

Mając sześciu głównych bohaterów nie da się każdemu poświęcić wystarczająco dużo czasu. Wheddon skupił się tym razem, według mnie słusznie, na tych mniej popularnych – to jest film o Hulku, Black Widow i Hawkeye’u. Z każdą z tych postaci mam jednak jakiś problem. Bruce’a Bannera nie dało się słuchać. Każda jego kwestia, niezależnie, czy zalecał się do (to już raczej nie jest spojler) Czarnej Wdowy, czy kłócił się z Tonym Starkiem, miał minę i głos, jakby błagał, żeby dać mu święty spokój i nie żądać od niego wygłaszania swoich kwestii. O tym, że Marvel ma ogromny problem z Black Widow internety piszą od jakiegoś czasu (świetny artykuł na ten temat jest na Onecie). Scenarzyści strasznie ją rzucają między facetami – w „Kapitanie Ameryce: Zimowym Żołnierzu” zalecała się do tytułowego bohatera, teraz romansuje z Brucem Bannerem (czyli Hulkiem). Oczywiście bije się, strzela i jeździ na motorze jak wszyscy pozostali Avengersi, ale poza misjami ta postać prowadzona jest dziwacznie. Za to Hawkeye jako zwykły człowiek z niezwykłym fachem w ręku i ukrytą przed całym światem rodziną jest interesujący, jednak trochę przesłodzony.

Ciekawy numer scenarzyści wywinęli z nowymi postaciami. Pojawiają się Quicksilver i Scarlet Witch. Ale jakby ktoś nie wiedział jak się te postaci nazywają, to się z filmu nie dowie. Ani razu nie zostają przedstawieni. Poznajemy tylko ich „cywilne” nazwiska. Quicksilver wprowadzony jest bardzo na siłę, chyba tylko po to, aby wcześniej można było się pokłócić z Foxem o prawa do postaci (według komiksowego uniwersum Quicksilver jest mutantem, częścią X-Manów, ale do tych postaci prawa Marvel dawno temu sprzedał Foxowi i teraz, po długich negocjacjach Marvelowi pozwolono użyć tej postaci, ale nie mogli w żaden sposób wspomnieć, że to jest mutant).
Ze „starej gwardii” postaci drugoplanowych pojawiają się prawie wszyscy, a jak kogoś nie ma, to jest wspomniany, że istnieje. Tony Stark opowiada, że Potts nie wpadła na imprezę, bo zajmuje się firmą, Selvig zaś tłumaczy Thorowi, że nie spotka się z Jane, bo ta prowadzi karierę naukową. Wpadają, przynajmniej na chwilę, Nick Fury, War Machine, Jarvis, Heimdal, Peggy Carter… Aktorów udało im się zmobilizować prawie wszystkich.

s1

Problem tylko taki, że jak już się te postaci ze sobą spotkają i nie mają hordy oprychów do unicestwienia, to atmosfera staje się bardzo drewniana. Poziom humoru strasznie się obniżył. Żarty z Kapitana Ameryki prowadzone przez cały film opierają się na tak słabych postawach, że to jest żałosne, a nie śmieszne. Większość one-linerów jest tak sucha, że bez napoju nie ma co wchodzić na salę kinową. Dopiero pod koniec żarty stają się trochę lepsze. A najlepszy dowcip jest i tak zrobiony bez słów, na zakończenie pierwszej rozmowy z Visionem.

Jak to w przypadku filmów o superbohaterach bywa, fizyka jest tylko zbiorem ogólnych wskazówek, wedle których świat powinien działać, ale którymi nie zawsze trzeba się przejmować. Bo co robi pociąg, jak skończą mu się tory i trakcja? Ano jedzie ulicą dalej i potrzeba dopiero nadprzyrodzonej sił woli, aby go zatrzymać. W międzyczasie Quicksilver będzie musiał zamiatać przechodniów z chodnika, aby ich tenże pociąg nie wkomponował w trotuar.
Boję się tego, co scenarzyści będą próbowali zrobić w finale trzeciej części, bo już tutaj patos i spektakularne pomysły na zniszczenie ludzkości osiągają szczyt. Tym razem dostajemy wyrwane i wyrzucone do góry całe miasto. Podejrzewam, że już w „Capitan America: Civil War” świat to będzie zdecydowanie za mało i zbyt mało efektownie. A „Avengers: Infinity War” będą już niestrawni.

s2

Ponarzekałem, pokręciłem nosem, ale siedząc w kinie bawiłem się całkiem nieźle. Oczywiście przed wejściem do sali mózg trzeba wyłączyć, bo jakby się zastanowić, to fabuła jest jedną wielką dziurą. Najlepszą recenzję tego filmu nakreślił na jakieś 20 minut przed jego końcem Hawkeye: „The city is flying! We’re fighting an army of robots! And I have a bow and arrow! None of this makes sense!”. No prawdę powiedział – nie ma to żadnego sensu. Ale co z tego? To jest Marvel, to są Avengersi. I tak się sprzeda. I w dalszym ciągu bawi, choć nie aż tak bardzo, jak Guardiansi.