Download sex, download god. Steven Wilson w Krakowie, 7.03.2015

Jak już wspomniałem przy okazji opisu najnowszego albumu Stevena Wilsona „Hand. Cannot. Erase.„, mam słabość do muzyki, jaką tworzy ten facet. Widzę i słyszę co tam jest nie tak (przede wszystkim powtarzalność) a i tak słucham na okrągło i dobrze się przy tym bawię. A Steven właśnie objeżdża Europę grając ten materiał na żywo, jeden ze swoich przystanków lokując w Krakowie, w pięknej sali ICE Congress Centre. Oczywiste jest, że mi się podobało.DSC_0021

Przed koncertem każdy mógł sobie podejść pod samą scenę, aby z bliska obejrzeć sprzęt, z którego już za chwilę miały popłynąć dźwięki niełatwej muzyki Stefana. Za instrumentami wisiał duży telebim, który służył do wyświetlania filmów ilustrujących muzykę. I zanim o muzyce, to będzie o tych wizualizacjach.

Album opowiada historię młodej kobiety (cała narracja napisana jest z damskiej perspektywy przez faceta), która trafia do wielkiego miasta i w pewnym momencie znika. Przepada. Nie ma jej. Płycie towarzyszy blog ze zdjęciami (www.handcannoterase.com), do tego dochodzą fotografie z książeczki dołączonej do płyty i filmy wideo wyświetlane podczas koncertów. We wszystkich tych obrazach przewija się postać głównej bohaterki, która „w realu” nazywa się Karolina Grzybowska i nie trzeba intuicji Sherlocka, by stwierdzić, że pochodzi ona z Polski. Co więcej, zdecydowana większość filmów, które stanowiły tło do muzyki z nowej płyty wyraźnie była kręcona w Polsce, a ściślej mówiąc – w Poznaniu. Zielone tramwaje, szyldy reklamujące adresy internetowe w domenie „.pl”, drzwi do zakładu szewskiego, Poznań City Center, perony kolejowe. Polska. Poznań. Ogromny, gigantyczny szacunek do twórcy wizualnej strony tego albumu – Lasse Hoile, który nakręcił Polskę z pominięciem wszelkiej szyldozy, pastelowości i pstrokacizny, która, wydawałoby się, jest wszechobecna i nie da się jej ominąć. Tutaj przewijają się nieostyropianowane bloki z wielkiej płyty, wielopasmowe ulice bez billboardów. Piękne, i aż nie chce się wierzyć, że zrobione w Polsce.

DSC_0019

Ale wracając do muzyki. Koncert trwał bite dwie godziny z króciutkimi przerwami pomiędzy bisami. Główna część występu to cały album „Hand. Cannot. Erase.” z wtrąconymi między poszczególne części pojedynczymi starszymi utworami nie tylko z solowych płyt Wilsona, ale także Porcupine Tree. Pomiędzy „Routine” a „Home Invasion” zagrany został „Index” w absolutnie przewspaniałej, ascetycznej, mrocznej i złowieszczej wersji, w której Steven do wyłącznie elektronicznego podkładu deklamował ze złością kolejne słowa. Dopiero w drugiej części utworu  dołączyli do niego pozostali muzycy. Takie duże odstępstwo od wersji studyjnej w przypadku „Index” było jedynym tego typu wybrykiem podczas całego koncertu – pozostałe utwory zostały zagrane w najdokładniejszych szczegółach zgodnie z wersją studyjną.
Drugim utworem spoza „Hand. Cannot. Erase.” był „Lazarus„, wydany 10 lat temu na jeżozwierzowym „Deadwingu„. Po nim zagrany został także „Harmony Korine” i to tyle, jeżeli chodzi o odstępstwa od najnowszej płyty podczas głównej części koncertu. Bisy za to składały się tylko z utworów starszych – „The Watchmaker” oraz „The Raven that Refused to Sing” z poprzedniego albumu oraz „Sleep Together” nagrany wcześniej z Porcupine Tree. Z najnowszej płyty nie został zagrany tylko króciutki, akustyczny „Transience„.

Tak jak wspomniałem, wszystkie utwory były prawie identyczne jak ich wersja studyjna, a odstępstwa od tej zasady były marginalne. Elektroniczny wstęp „First Regret” był zdecydowanie wydłużony, ale późniejsza partia klawiszowa, zagrana solo przez Adama Holzmana już nie różniła się od tego, co można usłyszeć na płycie. O każdym utworze dałoby się jednak dużo dobrego napisać. „3 Years Older” mimo początkowego hałasu – świetne. Przejścia perkusyjne w „Hand Cannot Erase” – identycznie skomplikowane jak na płycie. A już „Routine” wyszło magicznie. Prześliczna animacja przedstawiająca zapłakaną matkę rutynowo powtarzającą kolejne prace domowe – zmywanie, pranie, sprzątanie, która w kulminacji jednym wycinkiem gazetowym powoduje, że niejednemu widzowi może łza się zakręcić w oku. Niestety, Ninet Tayeb, izraelskiej wokalistki, która zaśpiewała ten utwór na płycie, nie ma w trasie ze Stevenem, bo właśnie urodziła dziecko, ale ma pojawić się podczas jesiennej części trasy, która, według słów Wilsona, ma również zahaczyć o Polskę  (trzymam za słowo). Tym razem musiał wystarczyć jej głos odtworzony z komputera. Podobnie jak chłopca z chóru, który jest synem Tony’ego Blaira (tego Tony’ego Blaira z Downing Street. Jak to Steven powiedział – ojciec zbrodniarz wojenny, a syn śpiewa jak anioł).

DSC_0022

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak bis w postaci „The Watchmaker” z poprzedniego albumu Wilsona. Scena została wtedy przesłonięta półprzezroczystą płachtą materiału, na którą rzucany był obraz z projektora. W tym samym czasie odtwarzany był dźwięk zegarów. Przestrzenny. O takiej selektywności, jak najlepiej przygotowane albumy w wersji 5.1. Cichutkie tykanie zza pleców było słyszalne przez cały filmowy wstęp do tego utworu, który dzięki temu wielokanałowemu dźwiękowi brzmiał obłędnie. Sam utwór zaczął się od części balladowej zagranej na dwóch gitarach akustycznych w taki sposób, że Steven i Guthrie Govan byli podświetleni od tyłu, a ich cienie pięknie odznaczały się na materiale dzielącym scenę od publiczności.

Bardzo lubię konferansjerkę Wilsona. Jest z humorem, ale bardzo nienachalnym. Wspomniał m.in. o tym, że nagrywa muzykę już od ponad dwudziestu lat, co czyni go starym, ale jeżeli my pamiętamy jego wczesne dokonania, to też jesteśmy starzy. Podobnie sentymentalną aluzję rzucił podczas pytania o to, kto pamięta lata 80-te.

DSC_0024

Najbardziej efektowne momenty? Oprócz „The Watchmaker„, zdecydowanie „Home Invasion” i „Regret #9„, z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi, w których każdy z artystów na scenie mógł się popisać. To co wyczynia momentami Marco Minnemann na perkusji przechodzi pojęcie. Swoje piękne solówki zaliczyli też Adam Holzman na klawiszach i Guthrie Govan na gitarze. Nick Beggs na basie i chapman sticku też dawał radę.

DSC_0025Trochę szkoda dźwięku. Sala, mimo, że kongresowa, a nie stricte koncertowa, daje pole do popisu akustykom, ale akurat ten koncert był chyba trochę zbyt głośny, przez co niektórych dźwięków trzeba było się domyślać. Szczególnie brakowało mi uwypukleń gitary Govana w „Regret #9„. Gdyby całość była wysterowana trochę ciszej, odbiór byłby IMO dużo lepszy. Z drugiej strony, jak

sam Steven zauważył, oni są cały czas zespołem rockowym, „with all the sex involved”, więc ściana dźwięku ma swoje uzasadnienie.

Można narzekać, że kiedyś Wilson grał lepszą muzykę, niż obecnie, że kręci się w kółko, że na koncertach zapomina, że kilkanaście lat temu też nagrywał muzykę i mógłby cofnąć się w czasie trochę bardziej niż do 2005 roku, ale i tak, to, co robi obecnie sprawia mi ogromną radochę, a o to w przemyśle rozrywkowym chodzi – aby sprawiać ludziom przyjemność. Więc ja narzekać nie mogę, koncert mi się podobał, sala pięknie pachnie drewnem jak się tylko do niej wejdzie i ja chcę więcej tego samego. Może nie w najbliższym tygodniu, ale kto wie, czy na jesienną część trasy też się nie wybiorę (o ile nie trzeba będzie jechać przez pół Polski).

Steven Wilson Setlist ICE Kraków Congress Centre, Kraków, Poland 2015, 2015 Hand. Cannot. Erase. Tour