If you have Ghost, you have everything.

O dziwacznym zespole. O kapeli, którą chwalą najwięksi metalowcy: Phil Anselmo zaprasza ich na scenę podczas swojego koncertu. James Hetfield robi sobie zdjęcia z wokalistą, Dave Grohl bierze udział w sesji nagraniowej ich utworów. Nawet Nergal przyznaje się do sympatii, jaką darzy Szwedów. Oni sami niby zaliczani są do grup grających metal, ale jest to metal najbardziej przystępny, jak tylko można. Melodie przede wszystkim, czysty śpiew i nawet brak podwójnej stopy. Taki łagodniejszy Black Sabbath. Albo Blue Oyster Cult. Każą się zwać Ghost. W Stanach Zjednoczonych Ghost B.C.

Ghost-B.C.1 Na początku zespół wypadałoby przedstawić. Nie jest to jednak takie proste. Wiadomo, że są ze Szwecji, wiadomo, że powstali w 2006 roku, że pierwszą pełnoprawną płytę wydali w 2010 roku. Ale przedstawić ich nie sposób, bo wokalista każe zwać się „Papa Emeritus” (dodatkowo z numerkiem, obecnie trwa zmiana z drugiego na trzeciego), a towarzyszy mu pięciu zamaskowanych instrumentalistów, zbiorowo zwanych Bezimiennymi Ghulami. Grają rocka. Pomimo stylistyki sugerującej ekstremalnie ciężki metal, w warstwie muzycznej są bardzo przystępni. Jednak tematyka ich utworów oraz image zespołu na dobrą sprawę wyklucza ich z mainstreamu, przynajmniej w Polsce. A to dlatego, że posępny, gotycki image łączą ze skrajnie satanistycznymi tekstami. Pięciu zamaskowanych jegomości, w strojach zdecydowanie zbyt bardzo przypominających sutanny, wokalista zakutany w ornat, z pastorałem i czasami kadzielnicą w rękach śpiewają piosenki sławiące imię szatana, wychwalające „starożytny rytuał, w którym przywołany ma zostać mistrz mający począć przeklętego bękarta”. Niechby się tylko mainstream dowiedział o takiej kapeli, która na dodatek regularnie koncertuje w Polsce (na Impact Festiwalu dwa lata temu, a w zeszłym roku na klubowym koncercie jako gwiazda wieczoru)… Ba! Logo zespołu to litera ‚G’ wpisana w odwrócony krzyż. Gdzieżby tacy niegodziwcy mieli czelność brukać świętą Ziemię, która zrodziła Największego Polaka, Świętego Papieża. Protesty byłyby jak w sprawie „Golgota Picnic”. Na szczęście panowie aż tak popularni u nas nie są (za to w rodzimej Szwecji ich płyta znalazła się na szczycie list przebojów!) i koncerty mogą grać bez przeszkód.

02-ghost-bc

Protesty byłyby tym bardziej nie na miejscu, że cała otoczka jaką wokół siebie tworzą jest tak przesadzona, że nie sposób brać ich w stu procentach na serio. Jest to w zasadzie modelowy przykład stylistyki kampowej w metalu. Stylistyki, do której z powodzeniem można by wrzucić cały black metal, ale Ghost osiągnął w tym względzie maestrię nieporównywalną z niczym innym. Sami są śmiertelnie poważni w tym, co prezentują, ale jest to tak bardzo przerysowane, że nie można ich traktować tak jak Immortal czy Burzum, którzy w swoich stylizacjach są bardzo szczerzy. Ghost wręcz przeciwnie – odstawiają na scenie straszny cyrk, w swoich utworach wychwalają Szatana („Satan Prayer” ma być na serio?), ale oskarżanie ich o satanizm byłoby wręcz modelowym przykładem złapania się na trolling. IMO kampowi, ale w zupełnie innym stylu, są też The Darkness, ale Ghost dużo łatwiej tłumaczy ten fenomen.

Opus_eponymousJak dotąd nagrali dwa studyjne albumy i jedną EP, składającą się głównie z coverów. Pierwszy album „Opus Eponymus” to zaledwie 35 minut muzyki, 8 utworów i organowe intro, wśród których nie da się wskazać ani jednego słabego punktu (z drugiej strony – to jest niewiele ponad pół godziny muzyki – Porcupine Tree takiej długości płyty nazywało ‚EP’…). O ile jeszcze pierwszy utwór („Con Clavi Con Dio„) może sugerować, że to jest pełnoprawnie metalowy zespół, tak już „Ritual” mógłby zawładnąć playlistą jeżeli nie RMF FM, to Eski Rock na pewno. Wpadająca w ucho melodia, tylko ten tekst o tajemniczym rytuale… „Elizabeth” z kolei jest o Elżbiecie Batory, postaci jak najbardziej historycznej, która lubiła – dla zachowania młodości –  od czasu do czasu wykąpać się w krwi dziewic. Falsetowy refren zwala z nóg. Jest instrumentalny „Genesis„, są typowo rockowe „Satan Prayer” czy „Death Kneel„. Polecam, bo rozrywka dobra, choć króciutka.

Ghost_-_infestissumam_coverDrugi, nagrany w 2013 roku „Infestissumam” jest kontynuacją stylu obranego wcześniej. Jest trochę więcej kombinowania (przaśne klawisze w „Secular Haze” czy zmienne tempo w „Zombie Queen„). Płyta jest już dłuższa i trwa te rozsądne 45 minut. Dla osłuchanych wcześniej nie stanowi żadnej niespodzianki i według mnie jest tam mniej przebojowych piosenek, niż na debiucie. Ciekawostka – za grafikę odpowiadał Polak, Zbigniew Bielak, znany ze współpracy z wieloma metalowymi kapelami z całego świata.

Oprócz tego nagrywają bardzo ciekawe covery, które stylistycznie odbiegają od oryginałów i zawsze są bliskie ich autorskim kompozycjom. O ile można się spodziewać przeróbki Beatlesów (świetne „Here Comes the Sun„) czy Depeche Mode (bardzo klimatyczne „Waiting for the Night„, które już w oryginale jest bardzo mroczne, to w wersji Ghost wypada wręcz upiornie dobrze). Ale cover Abby? Też nagrali. „I’m a Marionette„. Może trochę monotonne, ale również na bardzo wysokim poziomie.

Pod koniec wakacji planowana jest ich trzecia płyta „Meliora„. Utworu „The Circle” można już słuchać na YouTube.

Kapelę polecam, bo choć muzyki nagrali  na razie niewiele, to są to rzeczy na bardzo wysokim poziomie i bardzo łatwo wpadające w ucho (i późnij człowiek cały dzień podśpiewuje sobie wyliczankę z „Year Zero„: „Belial, Belzebub, Asmodeus, Lucifer, Satanas…”). Ave!