Muse – Drones

MuseDronesCoverMuse regularnie produkują nową muzykę, od kilku lat przy okazji bardzo szeroko poszukując nowych brzmień. Na poprzednim albumie nagrali utwór funkowy („Panic Station„) i dubstepowy („The 2nd Law„). Jeszcze wcześniej była suita zaaranżowana na orkiestrę symfoniczną („Exogenesis„). Tym razem eksperymentów jest dużo miej. I według mnie była to ich najlepsza decyzja od bardzo dawna.

Zanim o muzyce, to kilka słów o jej promocji, bo to, co zrobił Warner na spółkę z Brytyjczykami z Muse jest interesujące. Wydanie pierwszego singla na ponad dwa miesiące przed premierą albumu nie jest niczym niezwykłym. Muse wydali od razu dwa („Psycho” i „Dead Inside„), obydwa uzupełniając na YouTube teledyskami z tekstem. Ale nie takimi robionymi po taniości, w których ktoś na szybko dorobił podpisy do statycznego obrazka – w przypadku „Psycho” był to pełnoprawny teledysk, w którym wystąpili sami muzycy. „Dead Inside” na tym tle wypadł blado, ale za to miesiąc później utwór ten dorobił się standardowego teledysku, już bez tekstu na ekranie.
Na jakieś dwa tygodnie przed premierą albumu zaczął się jednak szał. Co trzy dni prezentowane były kolejne „lyric video” z nowymi piosenkami i cały czas w wersji „na bogato”. W sumie zatrzymali się na sześciu utworach, które stanowią więcej niż połowę płyty (przerywniki „[Drill Sergeant]” oraz „[JFK]” też znalazły się w materiałach wideo, więc na dobrą sprawę z 12 ścieżek na płycie przed premierą udostępniono osiem). Za darmo można zapoznać się z większością materiału stworzonego na „Drones„.

muse1

Drones„. 12 utworów (10 piosenek i dwie deklamowane introdukcje). 52 minuty muzyki. Całość układa się w album koncepcyjny o człowieku zindoktrynowanym do walki za pomocą drona. Opis stworzony przez Matta Bellamy’ego (w zespole odpowiada za wokal i gitarę) jest przecudownie absurdalny: „Płyta jest dokumentacją podróży człowieka, od całkowitej utraty nadziei do indoktrynacji przez system, aby stać się kimś na kształt ludzkiej wersji drona, a potem do ucieczki człowieka od oprawców”. Jego pomysły na albumy zawsze kręciły się wokół teorii spiskowych, tajnych eksperymentów i zjawisk paranormalnych, tak więc w dalszym ciągu jest w swoim żywiole, prezentując przy okazji dość nośny i gorący temat. Niemniej zwykle wokół tematu przewodniego kręciło się na płytach Muse zaledwie kilka piosenek, a reszta była wyrwana z kontekstu. „Drones” trzymają się tematu od początku do końca.

Muse zawsze umieli kopiować cudze pomysły i umiejętnie wplatać je w swoją bombastyczną, stadionową stylistykę. Nigdy nie można było mieć do nich pretensji o bezczelne kopiowanie czyjegoś stylu, ale źródła inspiracji zawsze były oczywiste („United States of Eurasia” choćby). Tak jest i tym razem – jeżeli nie sięgają do motywów charakterystycznych dla innych, to biorą to co najlepsze ze swojej historii. I tak syntetyczna pierwsza część „Dead Inside” to nawiązanie do antygitarowych piosenek z dwóch poprzednich płyt („Undisclosed Desires” i „Follow Me„). „Psycho” to drugie „Uprising„. Niestety słabsze od pierwowzoru, ale wciąż bardzo dobre. Chórki w „Defector” i „Revolt” to kolejny ukłon w stronę muzyki Queen. „Reapers” zaczyna się popisówką gitarową jak w „Thunderstruck” AC/DC, aby w solówce oddać cześć stylowi charakterystycznemu dla Toma Morello z Rage Against the Machine. „Aftermath” to z kolei ballada, która brzmi jak zapomniany utwór U2. Gitara wprost jest wyciągnięta z „One„. 10-minutowa, trzyczęściowa suita „The Globalist” zaczyna się wstępem jak u Ennio Morricone, żywcem wyjętym z jakiegoś westernu, aby później płynie przejść do partii gitarowej prosto z albumów Pink Floyd. Uff. Mnóstwo tego, ale w niczym nie ujmuje to dokonaniom Muse, bo żeby połączyć tak te fragmenty, aby zamiast plagiatować, w dalszym ciągu brzmieć po swojemu jest ogromną sztuką, która się Bellamy’emu i spółce udała.

muse3

Muse nigdy nie nagrali fantastycznego albumu. Potrafili na jednej płycie upchać dużo wybitnych utworów, ale zawsze otoczone były zdecydowanie słabszymi, niezapadającymi w pamięć. Tutaj też pewnie będzie podobnie, ale jak na razie wydaje mi się, że tych słabszych jest bardzo mało. „Mercy„, taki typowy utwór Muse jeszcze się jakoś broni, ale „The Handler” już niczym. Gdyby nie przyspieszenie w drugiej części, to byłoby bardzo słabo. Troszkę rozczarowuje suita. Środkowa, metalowa wręcz część instrumentalna trzyma jako-taki poziom, ale otoczona jest nudnawymi fragmentami balladowymi. Podobieństwo „Psycho” do „Uprising” też nie działa na korzyść nowszej piosenki.

Za to pozostałe – klasa. Absolutny top wśród utworów Muse. Czasami jako całość, czasami detale decydują, że jest magia. Wejście gitary w „Dead Inside” – ciary na plecach. Całe „Reapers„. Optymizm bijący z „Defector„. No i te chórki. To wszystko jednak blednie przy „Revolt„. Choć to nie jest utwór Muse. Znaczy się autorami są oni, ale nagrali nie swoją piosenkę. Taki bezczelny pop to mogli nagrać One Direction. Albo Imagine Dragons. Albo jakaś gwiazdka od Disneya. Gdyby produkował to Timbaland i śpiewała Rihanna to RMF katowałby tym wszystkich do porzygu. To jest hit lata. Dla samego „Revolt” tą płytę trzeba mieć. Tak powinien brzmieć pop. Bez kombinowania. Bez udziwnień. Prosty rytm i melodia, która raz wpada w ucho i nie pozwala o sobie zapomnieć. Kosmosy.

Napisałem we wstępie, że skończyły się eksperymenty. Płyta jest gitarowa. Bardzo mocna. Stylistycznie podobna do pierwszych albumów zespołu, szczególnie „Origin of Symmetry” i :Absolution” Przez pierwsze 35 minut jest albo czad albo chwilowe spowolnienie, które i tak rozwija się do solidnego łojenia. Przez to połączenie „Aftermath” – „The Globalist” – „Drones„, gdzie mocne gitary pojawiają się na jakieś 3 minuty, trochę nuży. Jest to jednak powrót do grania z okolic „Absolution„, które ja bardzo lubię. Choć pewne szalone pomysły zmieściły się na „Drones” (choćby utwór tytułowy).

muse2

Jeden z lepszych albumów, jakie w tym roku zdążyły pojawić się na rynku. W moim prywatnym rankingu walczy o fotel lidera ze Stevenem Wilsonem i na razie nie umiem odpowiedzieć, która płyta wygrywa. Dla samego „Revolt” bardzo warto.

9. I foka. I serduszko. „You can make this world what you want„.

P.S. Aby nie zdradzić wszystkiego, posłuchajcie sobie utworu tytułowego. Eksperymenty się nie skończyły. Miłość Muse do Queen też. Mimo wszystko jednak przesadzili.