Time never waited. He is not your best friend, czyli Czwarty Blackfield

Stevena Wilsona przygody z krótkimi, popowymi formami część czwarta. Choć w tym konkretnym przypadku należałoby raczej stwierdzić, że bardziej niż przygoda, jest to delikatne muśnięcie popowych, krótkich form przez Stevena Wilsona, ponieważ za całość materiału przygotowanego na płytę IV projektu Blackfield stworzył Aviv Geffen (czyli druga połowa tego duetu). Rolą Stevena było nagranie partii gitar, zaśpiewanie w jednym utworze jako główny wokalista (w kilku pozostałych tylko jako chórek), oraz wyprodukowanie całego nagranego materiału. Niestety, coraz większe oddalanie się Stevena od tego projektu nie najlepiej wpływa na rezultaty pracy muzyków, co postaram się przekazać.

I won’t win her pretty eyes tonight.
It’s been so long since I played it right (Jupiter)

Na album Blackfield IV składa się się 11 krótkich, radiowych piosenek, trwających łącznie niewiele ponad pół godziny. Piosenek, jak to w przypadku twórczości Aviva Geffena, traktujących głównie o miłości, ale raczej mało wesołych, skupiających się na rozstaniach, kłamstwach, żalu i innych nieprzyjemnościach mogących mieć miejsce w związkach. Generalnie – avivowy standard. Ponieważ Steven Wilson miał na głowie ciekawsze zajęcia niż nagrywanie płyty z Avivem Geffenem, na tym albumie, po raz pierwszy w historii Blackfield, pojawiają się inni wokaliści. Jest Vincent Cavanagh z Anathemy, jest Brett Anderson z Suede, jest także Jonathan Donahue z Mercury Rev. Obatrzej są we wkładce wymienieni na równi z Avivem i Stevenem jako członkowie Blackfield.

I’m a sinner
I’m not the one you prayed for
Doesn’t matter
I’m still alive (Sense of Insanity)

Problemem na dobrą sprawę każdej piosenki jest pewne specyficzne dla Aviva Geffena niechlujstwo kompozycyjne – niby wszystko dobrze się rozwija, jednak po drugim refrenie zwykle zaczynają się schody i utwór zamiast przejść do swojej kulminacji najczęściej po prostu się kończy (Springtime, X-Ray, The Only Fool is Me). Trochę z tej konwencji wyłamuje się pierwszy na albumie Pills, który kończy się mocniejszym uderzeniem gitar, jednak i temu utworowi brakuje tego czegoś, co z Cloudy Now uczyniło jeden z najpiękniejszych utworów XXI wieku – zakończenia trochę ciekawszego, niż kilka, średnio z resztą pasujących do reszty, uderzeń gitary.

The butterflies have gone
I get so cruel (Kissed by the Devil)

Są na tym albumie trzy utwory, które troszkę wybijają się na tle pozostałych. Sense of Insanity – tekst tym razem nie o problemach sercowych, raczej o porywaniu tłumów, w warstwie muzycznej bardzo przypominający U2, szczególnie dzięki końcówce z edge’ującą gitarą. Drugim ciekawym utworem jest Firefly ze Stevenem na wokalu. Tutaj mamy bardzo ładną melodię (te to akurat Aviv pisać potrafi – trzeba mu to oddać), ładny, smutny refren i fajne damskie chórki pod koniec. Trzecią wyróżniającą się piosenką jest Kissed by the Devil. Najmocniejszy (niekoniecznie najlepszy) utwór na płycie, zaśpiewany z niesamowitą energią, przypominający trochę Blood z poprzedniej płyty, z tym, że Kissed by the Devil jest w dużo większym stopniu oparty na wokalu.

I’ll get to Jupiter and halfway back
Before she’ll even notice I’m around (Jupiter)

Dodatkowi wokaliści zaśpiewali solidnie to, co mięli zaśpiewać, jednak z powodu materiału, który dostali, w pełni skrzydeł rozwinąć nie mogli. Vincent Cavanagh dostał miałką balladę X-Ray, Firefly Bretta Andersona jest bardzo jednostajne, a miniaturka-kołysanka The Only Fool is Me Jonathana Donahuego w ogóle nie zapada w pamięć. Szczególnie liczyłem na fajny gościnny występ Bretta Andersona, jednak utwór zaśpiewany przez niego nie wybija się niczym ponad przeciętność i nawet charakterystyczny głos wokalisty mu nie pomaga. Wielka szkoda.

Jedno słowo na temat wilsonowego miksu 5.1, znajdującego się na płycie DVD dołączonego do specjalnego wydania albumu – jest bardzo w jego stylu, jednak bez większego polotu, to znaczy, że w tylnych głośnikach trochę się dzieje, jednak główny nacisk jest położony na głośnik centralny i on dominuje nad sceną, przez co całość traci trochę na przestrzenności. Smaczki jednak są i rzecz jest warta posłuchania w wersji przestrzennej.

Podsumowując – nowa płyta Blackfield, podobnie jak poprzednia, cierpi na problem kompozytorski. Zbyt mało poświęcono czasu poszczególnym piosenkom, przez co całość zdaje się wypuszczona trochę za wcześnie i słychać, że melodie mają ogromny potencjał, który jednak nie zostaje wykorzystany. Utwory kończą się w momencie, w którym słuchacz oczekuje jakiegoś ciekawego finału, albo mocniejszego momentu. Tego jednak w większości utworów nie ma, przez co po przesłuchaniu tego krótkiego albumu czuć duży niedosyt.

końcowa ocena:

5/10

P.S. Między akapitami zajdują się fragmenty tekstów Aviva Geffena z tego albumu. W nawiasach tytuły utworów.